Wystarczająco dobre



Deszcz zaczął padać przed siódmą i do dziewiątej zdążył zmienić podjazd przed budynkiem GIFT-u z jasnoszarego w prawie czarny.

Bartek stał przy krawędzi chodnika z jedną stopą na mokrej nawierzchni, drugą na suchszym kawałku pod daszkiem. Nie miał parasola. Kaptur kurtki zsunął mu się na kark i wyglądał, jakby od początku zakładał, że pogoda jest problemem technicznym, który można przeczekać siłą charakteru.

— Nie ślizga się — powiedział.

Alka podeszła dwa kroki bliżej, nadepnęła na ten sam fragment i natychmiast cofnęła stopę.

— Ślizga się.

— Tobie się ślizga.

— A, przepraszam. Zapomniałam, że podjazd będzie przyjmował wyłącznie Bartków.

Iga, która stała pod daszkiem z telefonem skierowanym na wejście, nie oderwała wzroku od ekranu.

— Możecie nie testować tarcia metodą osobistego przekonania?

— Ja tylko przeszedłem — odpowiedział Bartek.

— Ona też.

— I mamy dwa wyniki.

Alka spojrzała na swoją prawą nogawkę. Przy kostce pojawiła się ciemna plama. Nie od deszczu. Samochód przejeżdżający ulicą pół minuty wcześniej zostawił przy krawężniku kałużę, której żadne z nich nie zauważyło.

— Mamy też trzeci wynik — powiedziała. — Krawężnik atakuje od dołu.

Zośka przykucnęła przy początku podjazdu. Nie dotykała nawierzchni. Patrzyła, jak woda zbiera się w płytkim zagłębieniu obok kratki, dokładnie tam, gdzie podczas wizji lokalnej Franek zwrócił uwagę na spadek.

— Tu jest gorzej niż przy suchej pogodzie — powiedziała. — Koło może wejść w wodę zanim człowiek zacznie podjazd.

Franek zrobił zdjęcie. Potem drugie, bardziej z boku.

— Na pierwszym nie widać głębokości.

— Na drugim też nie — zauważyła Iga.

Franek spojrzał na ekran.

— Prawda.

Bartek odsunął się od mokrego fragmentu i wyjął z torby niewielki składany przymiar.

— Mogę zmierzyć zagłębienie.

Iga uniosła głowę.

— Zagłębienie czy wodę?

— Jedno pośrednio odpowie na drugie.

— O ile deszcz będzie miał tę samą intensywność w sobotę.

Bartek schował przymiar z powrotem.

— Dobra. Nie odpowie.

Alka oparła się plecami o szybę wejścia. Była zimna. Odeszła od razu.

— Czy Olaf pytał konkretnie, czy podjazd jest śliski, czy tylko czy jest mokry?

Franek miał notatkę w telefonie. Otworzył ją.

— „Czy podjazd jest mokry jak pada.” Potem zapytał, jak sprawdzimy.

— Czyli odpowiedź brzmi: jest — powiedziała Alka.

— To wiedział — odparł Bartek.

— Nie wiedział. Podejrzewał. My też podejrzewaliśmy, a i tak stoimy tu od dwudziestu minut.

Mikołaj miał być o dziewiątej.

Była dziewiąta siedem.

Nikt jeszcze tego nie skomentował. Alka sprawdziła godzinę tylko raz, Iga dwa razy, a Bartek przestał zerkać na parking po trzecim samochodzie, który okazał się nie jego. Mikołaj zwykle przyjeżdżał wcześniej niż reszta, zwłaszcza kiedy spotkanie było poza biurem. Siedem minut nie było niczym. Właśnie dlatego zaczynało być zauważalne.

Zośka wstała.

— Zarządca odpisał coś o tej nawierzchni?

Iga przewinęła rozmowę.

— Wczoraj, osiemnasta czterdzieści dwa. Płyta betonowa z warstwą antypoślizgową, zgodna z dokumentacją obiektu.

Bartek spojrzał na mokry podjazd.

— Dokumentacja nie ma butów.

— Dlatego tu jesteśmy.

Drzwi za Alką otworzyły się od środka. Pracownik ochrony, którego widzieli już podczas dwóch wcześniejszych wizyt, wychylił głowę.

— Państwo od soboty?

— Od GIFT-u — powiedziała Zośka.

— No. To możecie wejść, jak już skończycie moknąć. Techniczny jest na górze.

Bartek wskazał podjazd.

— Wie pan może, czy przy większym deszczu tu stoi więcej wody?

Mężczyzna popatrzył tam, gdzie wskazywał.

— Jak leje mocno, to przy kratce czasem stoi. Potem schodzi.

— Jak długo?

— Nie mierzyłem.

— Bardziej pięć minut czy godzinę?

— Bartek — powiedziała Iga.

Ochroniarz wzruszył ramionami.

— Zależy, jak leje.

— Dziękuję — powiedziała Zośka, zanim Bartek zdążył stworzyć skalę opadów.

Weszli do środka.

Alka strzepnęła wodę z rękawa. Nie pomogło. Materiał był mokry prawie do łokcia, choć nie potrafiła powiedzieć, kiedy dokładnie do tego doszło.

— Mam bardzo profesjonalny wygląd — powiedziała.

Iga podała jej paczkę chusteczek z torby.

— Masz mokrą kurtkę.

— To nie jest styl?

— Nie.

— Dobrze, że mamy projektantkę.

Franek zatrzymał się przy tablicy informacyjnej w holu. Na ekranie wyświetlał się plan zajęć domu kultury, który normalnie korzystał z budynku. Sobota nadal miała cztery pozycje niezwiązane z GIFT-em. Zajęcia ceramiczne. Próba chóru. Dwie rezerwacje sal.

— Tego nie miało być — powiedział.

Zośka podeszła.

— Czego?

— Innych zajęć w sobotę rano.

Iga już wyjęła telefon.

— Marta pisała, że dwie grupy zostają w budynku, ale mają osobne wejście od parkingu bocznego.

— Tu są cztery.

Bartek spojrzał na ekran.

— Może nie zaktualizowali.

Franek nie odpowiedział. Stał tak długo, aż Iga znalazła wiadomość.

— Próba chóru odwołana. Ceramika przeniesiona na niedzielę. Te dwie rezerwacje są na trzecim piętrze po piętnastej.

— Czyli ekran jest stary.

— Tak.

— A będzie stary w sobotę?

Iga zaczęła pisać do Marty.

Alka spojrzała na Franka.

— Masz talent do znajdowania rzeczy, które wyglądają jak tło, dopóki ich nie dotkniesz.

— Nie dotknąłem.

— Metaforycznie.

Franek spojrzał na ekran jeszcze raz.

— Metaforycznie też nie.

— Dobrze. Wycofuję komplement.

— Nie musisz.

— Już wycofałam.

Drzwi wejściowe otworzyły się ponownie.

Mikołaj wszedł bez parasola. Włosy miał mokre przy skroniach, koszula pod kurtką zapięta nierówno o jeden guzik i dwie papierowe torby w lewej ręce. Prawą próbował wyjąć telefon z kieszeni, ale materiał kurtki przykleił mu się do dłoni.

— Przepraszam — powiedział od razu. — Drukarnia przesunęła odbiór.

Bartek spojrzał na torby.

— To nie wygląda jak drukarnia.

— Pieczywo.

— Jeszcze mniej.

Mikołaj postawił torby na parapecie.

— Po drodze była piekarnia. Nie jadłem śniadania.

Alka spojrzała na niego uważniej.

— Ty kupiłeś śniadanie?

— Tak.

— Sam z siebie?

— Alka.

— Pytam, bo jeszcze tydzień temu do południa żywiłeś się kawą.

Mikołaj zaczął rozpinać kurtkę. Dopiero wtedy zobaczył źle zapiętą koszulę. Zatrzymał dłoń na wysokości brzucha, spojrzał w dół i przez moment nic nie powiedział.

Bartek pierwszy odwrócił wzrok.

— Nic nie widziałem.

— Zamknij się.

Mikołaj wszedł do bocznego korytarza i wrócił po pół minuty już zapięty normalnie.

Alka nadal stała przy drzwiach.

— Nie powiem nic.

— Dziękuję.

— Chociaż mam bardzo dużo materiału.

Mikołaj minął ją.

— Wiem.

Zatrzymał się po dwóch krokach, jakby sam usłyszał własny ton.

— Nie zaczynaj.

— Nic nie zaczęłam.

— Właśnie widzę przygotowanie.

Iga spojrzała między nimi.

— Czy możemy zachować recykling żartów na później? Mamy stary harmonogram na ekranie przy wejściu.

Mikołaj od razu zmienił kierunek.

— Jaki stary?

Franek pokazał.

Mikołaj przeczytał cztery pozycje, potem wiadomość Igi od Marty.

— Trzeba go wyłączyć albo podmienić w sobotę rano.

— Napisałam już.

— Dobrze. Podjazd?

Bartek odpowiedział:

— Mokry.

Mikołaj spojrzał na niego.

— To ustaliliście dzięki deszczowi?

— Olaf miał rację, że warto sprawdzić. Przy kratce zbiera się woda. Sama nawierzchnia trzyma nieźle, ale Alka twierdzi, że śliska.

— Nie twierdzę. Poślizgnęłam się.

— Nie przewróciłaś się.

— Czyli do protokołu wpisujemy dopiero złamania?

Zośka weszła między nich, zanim zaczęli dyskutować o definicji poślizgnięcia.

— Przy mocniejszym deszczu woda potrafi stać dłużej. Ochrona potwierdziła. Potrzebujemy kogoś, kto przed otwarciem sprawdzi wejście, jeśli będzie padać, i w razie czego oznaczy albo osuszy ten fragment.

— Mata? — zapytał Bartek.

— Jeśli nie stworzy progu — odpowiedziała Iga.

— Sprawdzę gumową z niską krawędzią.

Mikołaj już notował.

— Nie kupuj bez wymiaru.

Bartek westchnął.

— Mam wymiar.

— Jaki?

— Jeszcze nie mam.

— Czyli nie masz.

— Mam zamiar mieć.

— To nie jest wymiar.

Alka wzięła jedną z papierowych toreb i zajrzała do środka.

— Czy wasza relacja zawsze była tak erotyczna, czy dopiero GIFT otworzył wam nowe obszary komunikacji?

Zapadła cisza.

Nie długa. Wystarczająca.

Alka opuściła torbę.

— Dobra. To nie siadło.

Iga odwróciła się do schodów.

— Chodźmy na górę.

Bartek podniósł drugą torbę.

— Ja biorę jedzenie, bo nie ufam koordynacji logistycznej po tej wypowiedzi.

Alka nie odpowiedziała. Zapięła mokrą kurtkę, mimo że właśnie ją rozpięła, i ruszyła za nimi.

Mikołaj został pół kroku z tyłu.

— Alka.

— Nie musisz.

— Chciałem tylko powiedzieć, że…

— Naprawdę nie musisz ratować żartu, którego nie powiedziałeś.

Spojrzała na niego bez złości, bardziej zmęczona własnym odruchem niż jego reakcją.

— Chodź. Mamy wodę na podjeździe i cztery nieistniejące zajęcia.

Poszła pierwsza.

Mikołaj patrzył za nią sekundę, potem sprawdził telefon.

Miał trzy nieodebrane połączenia z drukarni.

Nie zauważył ich wcześniej.

Mała salka obok zaplecza wyglądała lepiej wtedy, kiedy nikt w niej niczego nie trzymał.

Problem polegał na tym, że w poniedziałek rano trzymała prawie wszystko.

Przy lewej ścianie stały cztery skrzynie z kablami. Pod oknem leżały złożone metalowe nogi stołów. Wózek serwisowy blokował połowę wejścia do korytarza technicznego, a na krześle ktoś zostawił zwiniętą folię bąbelkową i pudełko jednorazowych rękawiczek.

Bartek stanął w drzwiach.

— W piątek było pusto.

Techniczny budynku, pan Mirek, wzruszył ramionami.

— W piątek nie było dostawy.

— To gdzie to będzie w sobotę?

— Te skrzynie pójdą na scenę. Stoły też. Wózek musi zostać gdzieś tutaj, bo sprzątanie ma z niego chemię.

Zośka weszła do środka i od razu skręciła bokiem, żeby ominąć nogi stołów.

— Czyli jeśli chcemy tu miejsce na przerwę, korytarz serwisowy nie może działać przez te drzwi.

— Może działać drugim końcem — powiedział Mirek. — Tylko będzie dalej.

Bartek odwrócił się do niego.

— O ile dalej?

— Nie wiem, z pięćdziesiąt metrów.

— Dla wózka z mopem?

— Dla człowieka z wózkiem z mopem.

Bartek zamknął usta.

Zośka spojrzała na niego krótko. Nie triumfalnie. Wystarczyło.

— Jak często sprzątanie musi tędy przechodzić podczas wydarzenia? — zapytała.

Mirek podrapał się po brodzie.

— Jak coś się wyleje, to musi. Normalnie rano, potem koło czternastej i po wszystkim.

— Czyli możemy ustalić, że w trakcie wydarzenia awaryjnie korzystają z drugiego wejścia, a planowo nie wchodzą tutaj — powiedział Mikołaj.

— Możemy ustalić. Tylko ktoś im to musi powiedzieć.

— Powiemy.

Mirek spojrzał na niego.

— Kto?

Mikołaj zatrzymał długopis.

— My.

— Wy będziecie tu w sobotę od szóstej?

— Od siódmej.

— Sprzątanie przychodzi o szóstej trzydzieści.

Mikołaj wykreślił coś w notesie.

— To Marta albo osoba z administracji musi przekazać wcześniej.

— O to mi chodzi.

Franek stał przy drzwiach i słuchał. Po chwili zapytał:

— A jak coś się wyleje w tej sali?

Mirek spojrzał do środka.

— To posprzątają.

— Przez które drzwi?

— Te, jeśli trzeba.

— Nawet jeśli ktoś tu odpoczywa?

Pan Mirek przez sekundę wyglądał, jakby pierwszy raz zobaczył pomieszczenie nie jako część zaplecza.

— No to chyba zapukają.

Zośka odpowiedziała spokojnie:

— Potrzebujemy tego jako ustalenia, nie „chyba”.

— To ustalcie z administracją. Ja im mogę powiedzieć, ale nie jestem ich kierownikiem.

Mikołaj dopisał kolejną rzecz.

Alka siedziała już na parapecie. Zdjęła kurtkę, mokry rękaw wywinęła na zewnątrz i trzymała ją tak, żeby nie dotykała ściany.

— Czy w każdym projekcie istnieje moment, w którym największą władzę ma człowiek z mopem?

Pan Mirek popatrzył na nią.

— Jak ktoś wyleje sok, to tak.

Alka skinęła głową.

— Przyjmuję odpowiedź.

Bartek chodził po salce małymi krokami, sprawdzając szerokość przejścia. W pewnym momencie złapał wózek serwisowy za uchwyt.

— Nie ruszaj — powiedział Mikołaj.

Bartek puścił natychmiast.

— Chciałem tylko zobaczyć, ile zabiera po przesunięciu.

— Najpierw pytamy.

— Właśnie puściłem.

— Po tym, jak go złapałeś.

— Mikołaj, to jest wózek.

— Nie chodzi o wózek.

Ton był ostrzejszy niż zdanie.

Bartek wyprostował się.

— To o co?

— O to, że od dwóch tygodni ustalamy, że nie zmieniasz przestrzeni, zanim nie sprawdzimy, kto z niej korzysta, a ty dalej łapiesz pierwszą rzecz, która ci przeszkadza.

W pomieszczeniu zrobiło się cicho.

Nie całkiem. Z korytarza dochodził szum wentylacji. Ktoś na piętrze wyżej przeciągnął krzesło po podłodze. Pan Mirek spojrzał na drzwi, ale nie wyszedł.

Bartek cofnął rękę od wózka.

— Nie przesunąłem go.

— Bo ci powiedziałem.

— Nie. Puściłem, zanim cokolwiek ruszyło.

Mikołaj otworzył usta, ale Bartek mówił dalej.

— I właśnie po to tu stoimy z człowiekiem, który wie, kto korzysta z zaplecza. Zapytałem o serwis. Zapytałem o drzwi. Nie zrobiłem sobie nowej trasy bez nikogo.

Mikołaj patrzył na niego chwilę.

— Złapałeś wózek.

— Tak. To mój odruch. Wiem o nim. Ty też. Nie musisz mi za każdym razem robić z tego raportu okresowego.

Alka przestała układać kurtkę.

Iga spojrzała na swoje kartki. Franek na podłogę.

Zośka odezwała się dopiero po chwili:

— Możemy wrócić do sali?

Mikołaj odpowiedział bez patrzenia na Bartka:

— Tak.

Bartek wyszedł pierwszy.

Nie trzasnął drzwiami. Nie miał jak. Otwierały się wolno i przy końcu odbijały od gumowego ogranicznika.

Pan Mirek odchrząknął.

— To ja mogę przenieść ten wózek na próbę, jak chcecie.

Alka zakryła twarz dłonią.

— Bardzo proszę nie teraz.

Mirek wzruszył ramionami.

— Dobra.

Odpowiedź od Marty w sprawie danych przyszła o jedenastej trzydzieści sześć.

Mikołaj przeczytał ją przy stole w dużej sali, kiedy reszta rozkładała materiały do końcowego sprawdzenia komunikacji. Nie powiedział od razu, że mail przyszedł. Przeczytał raz, potem drugi, potem otworzył załącznik.

Iga zauważyła pierwsza.

— Jest?

— Jest projekt procedury.

Franek odłożył plik kartek.

Mikołaj przewinął dokument.

— Dane zdrowotne mają być dostępne wyłącznie dla koordynatora bezpieczeństwa medycznego i jednej wskazanej osoby po stronie organizatora. Zespół wejścia dostaje tylko informacje operacyjne, jeżeli są potrzebne do udzielenia wsparcia. Wolontariusze nie widzą formularzy. Przekazanie dalej tylko w sytuacji związanej z bezpieczeństwem albo za zgodą uczestnika lub opiekuna, zależnie od sytuacji.

Franek słuchał bez notowania.

— A która wskazana osoba po stronie organizatora?

Mikołaj przewinął niżej.

— Jeszcze nie ma nazwiska. Ma być funkcja.

— Jaka?

— „Koordynator wydarzenia”.

Bartek, który stał przy pudle z klipsami, spojrzał na Mikołaja.

— Czyli ty.

Mikołaj nie odpowiedział od razu.

— Prawdopodobnie.

Franek zmarszczył brwi.

— „Prawdopodobnie” nie może być w informacji dla uczestnika.

— Nie będzie.

Iga wyciągnęła rękę.

— Podeślij mi dokument.

Mikołaj wysłał.

Alka siedziała po drugiej stronie stołu i czytała papierową wersję informacji przed wydarzeniem. Po chwili przesunęła ją w bok.

— Czy uczestnik dostanie nazwiska ludzi, którzy mogą zobaczyć formularz, czy tylko role?

— Role — powiedział Mikołaj.

— To wystarczy?

Franek odpowiedział szybciej:

— Jeśli role są konkretne.

Alka spojrzała na niego.

— Czyli „koordynator bezpieczeństwa medycznego” tak, „organizator” nie.

— Tak.

— A „koordynator wydarzenia”?

Franek spojrzał na Mikołaja.

— Jeśli wiadomo, kto to jest na miejscu.

Mikołaj przewinął dalej.

— Informacja ma być w mailu przed wydarzeniem i przy formularzu. Imię i nazwisko osoby medycznej, rola drugiej osoby. Na miejscu będzie też punkt, gdzie można zapytać o dostęp.

Iga otworzyła plik na laptopie.

— To ja usuwam „organizator powinien wiedzieć” z całego formularza.

— Najpierw zobacz, co dał prawnik — powiedział Mikołaj.

Iga spojrzała na niego.

— Właśnie patrzę.

— Mówię, żebyś nie usuwała pól, których zakres się zmienia.

— Nie usuwam pól. Usuwam zwrot.

— Dobrze.

Iga patrzyła jeszcze sekundę.

— Brzmisz, jakbyś mówił do mnie instrukcją awaryjną.

— Nie.

— Brzmisz.

Mikołaj odłożył myszkę.

— Przepraszam. Jestem spóźniony od rana.

— Siedem minut.

— Nie o to chodzi.

— Wiem, o co chodzi. Nadal brzmisz.

Mikołaj nie odpowiedział.

Alka podniosła kartkę.

— W wersji krótkiej mamy jeszcze „jeśli przyjmujesz leki, wpisz je poniżej”. To też jest za szerokie, jeśli chodzi tylko o leki potrzebne podczas wydarzenia.

Franek podszedł bliżej.

— W projekcie jest „leki, których przyjęcie lub dostępność podczas wydarzenia może być potrzebna”.

— To brzmi jak prawnik, który nauczył się oddychać przez przecinki.

Iga przeczytała zdanie.

— Mogę zrobić prościej. „Napisz tylko o lekach, które mogą być potrzebne podczas wydarzenia.”

— „Mogą” jest dobre? — zapytał Franek.

— Nie wiem.

Mikołaj przestał przewijać.

— To wyślij Ninie i medycznemu. Nie zamykajmy tego sami.

Alka zaznaczyła coś czerwonym długopisem.

— Czyli po pięciu dniach doszliśmy do punktu, w którym formularz zbiera mniej informacji niż na początku.

— To chyba dobrze — powiedziała Zośka.

— Dobrze. Tylko mój mózg lubi, kiedy postęp wygląda jak dokładanie, nie wykreślanie.

— Mój lubi wykreślanie — odpowiedziała Iga.

— Twój lubi wykreślanie cudzych rzeczy.

— To też.

Mikołaj otworzył folder z materiałami do druku.

— Mamy problem.

Tym razem ton był spokojny.

Iga od razu przesunęła krzesło.

— Jaki?

Mikołaj patrzył na nazwę pliku.

FORMULARZ_ZDROWOTNY_FINAL_4.pdf.

Niżej był FORMULARZ_ZDROWOTNY_ROBOCZY_5.docx.

— Wczoraj wysłałem drukarni paczkę materiałów na pakiety dla obsługi — powiedział. — W paczce jest czwórka.

Iga przestała się ruszać.

— Ile kopii?

— Pięćdziesiąt.

— Do uczestników?

— Nie. Do segregatorów na stanowiska i zapasów.

— Ale mogą trafić do użycia.

— Tak.

Bartek odłożył klipsy.

— Da się zatrzymać?

Mikołaj już wybierał numer.

— Powinno.

Drukarnia odebrała po czterech sygnałach. Mikołaj wyszedł na korytarz, ale drzwi zostały otwarte i część rozmowy i tak było słychać.

— Dzień dobry, Mikołaj Wolski, dzwonię w sprawie zlecenia GIFT… Tak, paczka z wczoraj… Chodzi o formularz zdrowotny… Nie, nie cały druk. Jeden plik. Czy to już poszło na maszynę?

Przerwa.

Iga patrzyła na ekran, jakby mogła z niego odczytać odpowiedź wcześniej.

Alka oparła dłonie o krawędź stołu.

— Która godzina wysyłki?

Iga sprawdziła historię folderu.

— Siedemnasta dwanaście.

— Ty wysyłałaś?

— Nie. Mikołaj.

— A kto wrzucił czwórkę do paczki?

Iga kliknęła właściwości.

— Ja tworzyłam folder rano, ale potem zmieniałam pliki tylko w roboczym.

Franek powiedział:

— Czyli finalna została starsza.

Iga odwróciła się do niego.

— Tak.

— Pytam, bo nie wiem, czy to błąd Mikołaja, czy nazwy plików.

— Jedno nie wyklucza drugiego.

Mikołaj wrócił.

— Zdążyli wydrukować dwanaście. Resztę zatrzymują.

— Dwanaście wyrzucamy — powiedziała Iga.

— Tak.

— I wysyłamy nowy dopiero po akceptacji.

— Tak.

Iga otworzyła usta, ale Mikołaj mówił dalej:

— Moje. Nie sprawdziłem zawartości paczki po wrzuceniu. Zobaczyłem „FINAL” i wysłałem.

Alka spojrzała na nazwę pliku.

— To słowo naprawdę powinno być prawnie zakazane.

Iga nie podjęła.

— Wczoraj mówiłam, że ten plik nie jest finalny.

Mikołaj spojrzał na nią.

— Mówiłaś.

— I mimo to poszedł.

— Tak.

— Dlaczego?

Pytanie nie było agresywne. Przez to zabrzmiało gorzej.

Mikołaj przeciągnął dłonią po karku.

— Bo miałem otwarte cztery paczki, drukarnia chciała komplet przed osiemnastą, a ja uznałem nazwę za prawidłową zamiast sprawdzić wersję.

— Czyli dlatego.

— Tak.

Iga pokiwała głową raz.

— Dobra. To zmieniam system nazw dzisiaj. Bez „final”. Data i numer wersji. I nic nie idzie do druku z folderu roboczego.

Mikołaj odpowiedział:

— Zrób.

Iga nie ruszyła się.

— Nie musisz mi pozwalać.

Mikołaj zamknął oczy na sekundę.

— Nie pozwalam. Odpowiedziałem za krótko.

— Trochę.

— Dobra. Zmieńmy system.

Iga dopiero wtedy wróciła do laptopa.

Alka spojrzała na Mikołaja, ale nic nie powiedziała.

On zauważył.

— Co?

— Nic.

— To nie wygląda jak nic.

— Zastanawiam się, czy człowiek może ci teraz powiedzieć „czynnik ludzki”, czy musi odczekać trzy dni.

Mikołaj spojrzał na wydrukowane dwanaście nieaktualnych formularzy, których nawet jeszcze nie mieli przy sobie.

— Może.

— Czynnik ludzki.

— Dziękuję.

— Nie ma za co.

Bartek prychnął tak cicho, że prawie nie było słychać.

Mikołaj odwrócił się do niego.

— Masz coś do dodania?

Bartek podniósł obie ręce.

— Absolutnie nic. Mam bardzo dobry dzień proceduralny.

Mikołaj patrzył na niego chwilę.

Potem pierwszy opuścił wzrok.

Do trzynastej mała salka przestała być pusta i przestała być magazynem.

Została czymś pomiędzy.

Skrzynie techniczne wyjechały. Nogi stołów przeniesiono do schowka przy scenie. Wózek serwisowy pan Mirek zabrał na próbę drugim korytarzem i wrócił po siedmiu minutach z miną człowieka, który nie uważa siedmiu minut za tragedię, ale nie zamierza udawać, że to to samo co dwie.

— Da się — powiedział.

Bartek stał przy drzwiach.

— To nie było pytanie, czy się da.

Mirek spojrzał na niego.

Bartek zorientował się po sekundzie.

— Dobra. Przepraszam. To było z poprzedniej rozmowy.

— Z jakiej?

— Nieważne.

Zośka weszła do środka. Przy oknie stało jedno krzesło. Drugie ustawili bliżej ściany, ale nie przy samych drzwiach. Świetlówka była wyłączona. Zamiast niej Bartek przyniósł małą lampę z mlecznym kloszem, którą normalnie używali przy stanowisku informacyjnym.

— Za jasno? — zapytał.

Zośka rozejrzała się.

— Dla mnie nie. Dla Tymka by…

Urwała.

Bartek spojrzał na nią.

Zośka zacisnęła usta.

— Prawie.

— Prawie co?

— Prawie powiedziałam, co by zrobił Tymek.

— Możesz powiedzieć.

— Mogę. Tylko nie chcę, żebyśmy na tym wybierali.

Bartek usiadł na krześle przy ścianie.

— To powiedz jako Tymek, nie jako grupa.

Zośka oparła się o framugę.

— Dla Tymka światło byłoby okej. Bardziej przeszkadzałoby mu, że nie wie, czy ktoś tu wejdzie. I że ta salka nadal wygląda trochę jak zaplecze.

Bartek rozejrzał się.

— Bo jest zapleczem.

— Możemy zasłonić regał.

— Po co?

— Żeby mniej wyglądał jak zaplecze.

Zośka podeszła do regału. Stały na nim trzy puste plastikowe pojemniki i pudełko z taśmą.

— A może wystarczy zabrać rzeczy. Nie robić z tego pokoju terapeutycznego.

Bartek przyjął to bez żartu.

— Dobra.

Franek wszedł chwilę później z dwiema kartkami.

— Mikołaj powiedział, żebym sprawdził komunikat na drzwi. Iga powiedziała, żebym najpierw sprawdził, czy drzwi zostają otwarte. Które mam zrobić pierwsze?

Zośka spojrzała na niego.

— Drzwi zostają zamykane, jeśli ktoś chce.

— Ale czy przy wejściu mają być otwarte?

— Na początku chyba tak.

Franek zmarszczył czoło.

— „Chyba” nie rozwiązuje mi zadania.

Bartek wstał.

— Mikołaj!

Głos poniósł się korytarzem.

Mikołaj pojawił się po chwili z telefonem przy uchu. Zasłonił mikrofon dłonią.

— Co?

Franek od razu:

— Mam sprzeczne polecenia. Mam sprawdzić tekst na drzwi, ale nie wiem, w jakim stanie mają być drzwi, a tekst zależy od tego, czy są otwarte, zamknięte czy półotwarte.

Mikołaj spojrzał na kartki.

— Tekst ma działać niezależnie.

— Nie działa. Jedna wersja zaczyna się „możesz zamknąć drzwi”, druga „jeśli drzwi są zamknięte, zapukaj”. Jeśli są otwarte, druga jest bez sensu.

— To użyj pierwszej.

— Ale Iga powiedziała, że nie mamy jeszcze ustalonej zasady pukania.

Mikołaj zerknął na telefon. Rozmówca nadal czekał.

— Franek, zrób proszę wersję roboczą obu i wrócimy.

Franek nie ruszył się.

— Kiedy?

— Po rozmowie.

— Za ile?

Mikołaj spojrzał na ekran.

— Nie wiem. Dziesięć minut.

— Dobrze.

Franek odszedł dwa kroki, zatrzymał się i odwrócił.

— Iga powiedziała, że ma to mieć przed trzynastą.

Była trzynasta osiem.

Mikołaj spojrzał na zegar.

— Powiedz Idze, że ja opóźniłem decyzję.

Franek przyjął to.

— Dobrze.

Odszedł.

Mikołaj zdjął dłoń z mikrofonu.

— Przepraszam, jestem… tak, jestem. Proszę powtórzyć ostatnią kwotę.

Bartek poczekał, aż odejdzie dalej.

— On się rozsypie do piątku.

— Nie mów tak.

— Nie mówię, że naprawdę się rozsypie. Mówię, że jest o pół kroku od odpowiadania ludziom zanim zadają pytanie.

— Tobie odpowiedział za ostro.

Bartek oparł dłonie na biodrach.

— Mnie odpowiada za ostro od ośmiu lat. Znam różnicę.

Zośka nie pytała, jaka była.

***

Przerwa obiadowa wydarzyła się o czternastej dwadzieścia trzy i trwała dziewiętnaście minut.

Nie planowali jej aż tak późno. Po prostu o tej godzinie Alka wróciła z piekarni po drugiej stronie ulicy z sześcioma drożdżówkami, czterema kanapkami i paragonem tak długim, że Iga od razu zapytała, dlaczego nie wzięła zestawów.

— Bo pani przy ladzie zapytała mnie pięć razy, jakie zestawy, a ja za trzecim razem straciłam wolę życia.

— To nie jest odpowiedź kosztowa.

— To jest odpowiedź biologiczna.

Położyła jedzenie na stole.

Mikołaj siedział przy laptopie i odpisywał na wiadomość.

Bartek wziął kanapkę, rozpakował i położył przed nim.

— Jedz.

Mikołaj pisał dalej.

— Za chwilę.

— Nie.

— Bartek.

— Dzisiaj już raz przegrałem z twoją kontrolą proceduralną. Teraz ty przegrywasz z bułką.

Mikołaj przestał pisać.

— Możesz nie wracać do tamtej rozmowy co pięć minut?

Bartek odłożył rękę od kanapki.

— Mogę.

Ton zmienił się od razu.

Mikołaj spojrzał na niego i chyba dopiero wtedy zorientował się, że tym razem nie było żartu do odbicia.

— Tamto było niepotrzebne — powiedział.

Bartek nie odpowiedział przez chwilę.

— Było.

— Przepraszam.

— Dobra.

— Nie „dobra”, jeśli nie jest dobra.

Bartek westchnął.

— Mikołaj, przeprosiłeś. Przyjąłem. Nie róbmy audytu przeprosin.

Alka, która właśnie otwierała jogurt, przestała ruszać łyżeczką.

Mikołaj też przez sekundę nic nie robił.

Potem zamknął laptop.

— Dobrze.

Bartek przesunął mu kanapkę bliżej.

— Teraz jedz.

— Nie jesteś moją matką.

— Klara ma skuteczniejszą metodę. Ja mam tylko pieczywo.

Mikołaj rozpakował kanapkę.

Temat naprawdę się skończył.

Iga jadła drożdżówkę z serem i jednocześnie zmieniała nazwy plików. Nie miała laptopa przed sobą. Trzymała go bokiem, żeby nie nasypać cukru pudru na klawiaturę, ale i tak dwa razy przeniosła jedzenie nad touchpadem.

Alka zauważyła za drugim razem.

— Nie chcę nic mówić, ale twój standard jakości ma dziś biały proszek między literami.

Iga spojrzała na klawiaturę.

— Nie ma.

— Jeszcze.

— Ty przed chwilą wylałaś jogurt na własną kartkę.

Alka spojrzała w dół.

Przy prawym rogu notatek była mała biała plama.

— To nie jogurt. To…

Spróbowała palcem.

— Dobra. Jogurt.

Zośka podała jej chusteczkę.

— Masz.

— Dziękuję. System wsparcia działa.

Franek rozpakował swoją kanapkę i przez chwilę przyglądał się etykiecie.

— Termin jest do jutra.

Iga spojrzała.

— Czego?

— Kanapki.

— To dobrze.

— Ale była poza lodówką od jedenastej.

Bartek od razu:

— Zjedz.

Franek nie ruszył.

— Jest z jajkiem.

— To nie jedz — powiedziała Iga.

— Właśnie dlatego nie wiem.

— Chcesz moją z serem?

— A ty co zjesz?

— Drożdżówkę. Kupiłam ich sześć, bo najwyraźniej pod presją zamieniam się w piekarnię.

Franek zastanowił się.

— Mogę się zamienić. Ty nie musisz jeść tej z jajkiem.

— Nie chcę jej.

— To co z nią?

— Wyrzucimy.

Franek skrzywił się.

Iga powiedziała:

— Jeśli chcesz, włóż do lodówki i sprawdź później, ale ja bym nie ryzykowała.

— Dobrze.

Franek odłożył swoją kanapkę do torby chłodzącej, którą przyniosła Zośka, i wziął od Alki serową.

Po chwili zapytał:

— Kto teraz ma zdecydować o pukaniu?

Mikołaj przeżuł pierwszy kęs.

— My wszyscy, ale zacznijmy od funkcji. Jeśli ktoś jest w środku i zamknie drzwi, obsługa puka. Osoba bliska też puka, chyba że uczestnik wcześniej ustali inaczej.

Zośka odłożyła kubek.

— Nie wiem, czy jesteśmy w stanie operacyjnie obsłużyć „wcześniej ustali inaczej”. Kto to zapamiętuje?

— Punkt informacji?

— I znowu robimy bazę preferencji do jednego pokoju.

Alka przełknęła jogurt.

— A może nie zapamiętujemy. Na drzwiach od środka może być prosty znacznik: „proszę zapukać” albo „możesz wejść”. Uczestnik sam wybiera.

Bartek spojrzał na drzwi salki przez otwarte wejście.

— Dwustronna zawieszka.

Iga od razu:

— Nie czerwone-zielone. Kolor nie może być jedyną informacją.

— Nie powiedziałem kolorów.

— Zobaczyłam je w twojej głowie.

— To naruszenie prywatności.

Franek powiedział:

— Napis po obu stronach. Jedna „zapukaj”, druga „możesz wejść”.

Zośka pokiwała głową.

— To ma sens.

Mikołaj dokończył drugi kęs.

— Zróbmy prototyp. Nie jako obowiązek. Jako opcję.

Franek spojrzał na godzinę.

— Iga potrzebowała przed trzynastą.

Iga przełknęła drożdżówkę.

— Już nie potrzebuję przed trzynastą.

— To jaki jest nowy termin?

— Do piętnastej.

Franek spojrzał na Mikołaja.

— Jest czternasta trzydzieści jeden.

— Wiem — odpowiedział Mikołaj, ale tym razem brzmiało to bardziej jak informacja dla samego siebie.

Franek wstał z kanapką w dłoni.

— Najpierw zjem.

— Tak — powiedziała Iga.

— Całą.

— Bardzo rozsądnie.

Alka popatrzyła na niego.

— Czuję się dziwnie dumna, a to tylko kanapka.

Franek usiadł z powrotem.

— Nie musisz.

— Wiem.

Alka urwała i skrzywiła się.

— Dobra. Nie będę dzisiaj używać tego słowa przez godzinę.

Bartek spojrzał na zegar.

— Zaczynamy test.

— Nie zapisuj.

— Już zapisuję w sercu.

Tym razem żart usiadł.

Nawet Iga się uśmiechnęła.

O drukarni Alka przypomniała sobie dopiero po piętnastej, kiedy Iga zapytała o próbne tabliczki do wejścia po czasie.

Stała przy stole z rolką taśmy w ręce. Zastygła na sekundę, jakby pytanie dotyczyło czegoś sprzed tygodnia.

Potem odłożyła taśmę.

— Miały być odebrane dzisiaj.

— Wiem. Pytam, gdzie są.

Alka sięgnęła po telefon.

Na ekranie czekało jedno nieodebrane połączenie z numeru, którego nie miała zapisanego, i wiadomość sprzed dwóch godzin.

Dzień dobry, proszę o potwierdzenie akceptacji próbki do 14:00, inaczej produkcja przechodzi na kolejny termin.

Nie odpowiedziała.

Iga zobaczyła jej twarz.

— Co?

Alka przeczytała wiadomość jeszcze raz.

— Nie potwierdziłam próbki.

— Dlaczego?

— Bo jej nie widziałam.

— Wysłałam ci link rano.

— Widziałam link. Otworzyłam. Potem Marta zadzwoniła w sprawie wejścia i…

Urwała.

Iga nie pomogła jej dokończyć.

Alka otworzyła mail. Link był przeczytany. Pod nim nie było odpowiedzi.

— Okej. Moje.

— Co znaczy „kolejny termin”?

— Zaraz się dowiem.

Iga skrzyżowała ręce.

— Te tabliczki są na piątek.

— Wiem.

Alka złapała się na słowie i od razu dodała:

— Są na piątek. Dzwonię.

Odeszła dwa metry i wybrała numer.

Drukarnia odebrała od razu.

Przez pierwszą minutę Alka mówiła szybciej niż zwykle. Podała numer zamówienia, nazwę pliku, godzinę wiadomości. Potem musiała zamilknąć, bo kobieta po drugiej stronie tłumaczyła jej, że okno produkcyjne na dziś się zamknęło.

— Rozumiem. Czy jest jakakolwiek opcja na jutro rano? Tak, nawet bez cięcia. Możemy odebrać arkusze i przyciąć sami… Nie, jeśli to komplikuje, to nie. Pytam tylko o warianty.

Iga słuchała z drugiego końca stołu.

Mikołaj nie.

Stał przy oknie z telefonem i próbował ustalić, czy firma transportowa może przesunąć godzinę podstawienia busa o pół godziny. W pewnym momencie oboje mówili jednocześnie do dwóch różnych osób o „jutrze rano”, „najwcześniej” i „potwierdzeniu do końca dnia”.

Bartek siedział pomiędzy nimi z miarką na kolanach.

— Czuję się jak w centrum dowodzenia katastrofą, która jeszcze nie nastąpiła.

Zośka spojrzała na niego znad formularza.

— Nie mów tego przy Mikołaju.

— Słyszę — powiedział Mikołaj, nie odrywając telefonu od ucha.

Alka zakończyła rozmowę pierwsza.

— Jutro jedenasta. Odbiór bez cięcia. Przytniemy sami.

Iga nie wyglądała na uspokojoną.

— Miały być dzisiaj.

— Tak.

— I jutro mieliśmy sprawdzać je w przestrzeni, nie produkować.

— Tak.

— Alka, ja ci to wysłałam o dziesiątej.

Alka wsunęła telefon do kieszeni.

— Widziałam.

— To czemu nie odpisałaś?

— Bo zapomniałam.

Iga patrzyła na nią bez słowa.

Alka poczuła odruch, żeby dodać, że miała sześć innych rzeczy. Że Marta dzwoniła. Że biegała między podjazdem, salką, informacją przed wydarzeniem i zakupami. Że każdy coś od niej chciał. Wszystko było prawdą.

Nie powiedziała żadnej z tych rzeczy.

— Zapomniałam — powtórzyła. — Mogę tylko naprawić termin, nie przyczynę.

Iga odsunęła krzesło.

— Dobrze. Tylko następnym razem, jak coś jest krytyczne na godzinę, nie bierz tego bez przypomnienia.

Alka zmarszczyła brwi.

— „Nie bierz” brzmi, jakbym nie mogła tego ogarnąć.

— Dzisiaj nie ogarnęłaś.

Zdanie wpadło między nie szybciej niż Iga chyba planowała.

Alka zesztywniała.

— Dzięki.

— Nie powiedziałam, że nie umiesz. Powiedziałam, co się wydarzyło.

— W bardzo przyjemny sposób.

Iga od razu się zirytowała.

— A jaki sposób byłby przyjemny? „Alka, delikatnie przypominam, że przez brak odpowiedzi mamy opóźnienie”? To nadal jest opóźnienie.

— Nie musisz mnie traktować jak kolejnego pliku, który źle nazwałaś.

— Ja źle nazwałam?

— To była figura retoryczna.

— To była kiepska figura.

Zośka uniosła głowę.

— Dziewczyny.

Alka odsunęła się od stołu.

— Nie, spoko. Iga ma rację. Nie ogarnęłam. Jutro odbieram i tnę.

Iga otworzyła usta.

Alka już odchodziła.

— Gdzie idziesz? — zapytała.

— Do toalety. Nie dramatyzuję wyjściem z projektu.

Zniknęła za drzwiami.

Bartek patrzył przez chwilę na Igę.

— Nie patrz — powiedziała.

— Nic nie mówię.

— Jeszcze gorzej.

— Chciałem tylko zapytać, czy mam jutro zabrać gilotynę.

Iga zamknęła oczy.

— Tak.

— Dobrze.

Po chwili dodał:

— I chyba powiedziałaś to trochę za ostro.

Iga otworzyła oczy.

— Wiem.

— To tyle.

— Nie potrzebuję komisji.

— Nie robię komisji.

— Bartek.

— Już nic.

Franek siedział przy końcu stołu i udawał, że bardzo interesuje go zawieszka na drzwi. Nie udawał dobrze.

Zośka podeszła do Igi dopiero po minucie.

— Przesadziłaś.

Iga nie oderwała wzroku od laptopa.

— Miała odpisać.

— Miała. I dalej przesadziłaś.

— Świetnie. Dwie rzeczy mogą być prawdziwe naraz.

Zośka oparła dłoń o stół.

— Nie musisz za nią iść.

— Nie zamierzałam.

— Wyglądasz, jakbyś rozważała.

Iga rzuciła jej krótkie spojrzenie.

— Zamierzam pracować.

— Też metoda.

Alka wróciła po czterech minutach. Nie wyglądała, jakby płakała. Wyglądała, jakby umyła ręce zimną wodą i była z tego niezadowolona.

Iga odezwała się, zanim Alka zdążyła usiąść.

— Poleciałam za ostro.

Alka zatrzymała się przy krześle.

— Trochę.

— Nadal powinnaś była odpisać.

— I właśnie dlatego jesteś fatalna w przepraszaniu.

Iga zacisnęła usta.

— Nie przepraszam za termin.

— Zauważyłam.

Przez moment wyglądało, jakby miały zacząć od nowa. Alka odsunęła krzesło i usiadła.

— Za ton przyjmuję. Resztę sobie zostaw.

— Mogę z tym żyć.

Po chwili Alka zabrała jej długopis.

— Pożyczam.

— To mój najlepszy.

— Właśnie dlatego.

— Oddaj, jak skończysz.

— Nie obiecuję.

Iga westchnęła, ale nie odebrała jej długopisu.

***

Mikołaj i Alka pokłócili się po szesnastej, kiedy wszystkie ważne problemy były już wystarczająco opisane, żeby zacząć tworzyć nowe.

Poszło o mail do wolontariuszy.

Alka miała wersję, w której pierwsza strona zaczynała się od trzech prostych zasad: pytaj osobę, której dotyczy sytuacja; nie dotykaj sprzętu ani ciała bez pytania; nie zakładaj, że wsparcie wygląda tak samo dla wszystkich.

Mikołaj chciał dopisać pod spodem procedurę wejścia, numery kontaktowe, podział odpowiedzialności i punkt o danych zdrowotnych.

— To nie może być wszystko na pierwszej stronie — powiedziała Alka.

— Ludzie muszą wiedzieć, do kogo dzwonią.

— Tak. Na drugiej.

— Druga strona może zostać pominięta.

— Pierwsza też może.

— To nie jest argument.

— Jest, jeśli próbujesz wrzucić na górę osiem rzeczy i wszystkie nazwać najważniejszymi.

Mikołaj przesunął laptop w swoją stronę.

— Numer alarmowy na wydarzeniu jest ważniejszy niż zdanie o tym, żeby nie dotykać identyfikatora.

Alka od razu się spięła.

— Nie porównuj tego w ten sposób.

— W jaki?

— Jakby to było ozdobne zdanie o dobrym zachowaniu.

— Nie powiedziałem tego.

— Właśnie ustawiłeś je poniżej numeru telefonu, procedury, mapy i listy osób funkcyjnych.

— Bo mamy ograniczoną przestrzeń.

— To zróbmy dwie kartki.

— Dwie kartki to więcej rzeczy do zgubienia.

— Jedna kartka z dwunastoma punktami też się gubi. Tylko szybciej mentalnie.

Mikołaj westchnął i odsunął się od stołu.

— Alka, nie mamy już czasu na „zobaczymy, co działa”. W piątek szkolimy ludzi. Potrzebuję wersji, którą możemy wysłać jutro.

Alka patrzyła na niego.

— I co to ma znaczyć?

— Dokładnie to, co powiedziałem.

— Nie. „Nie mamy czasu na twoje zobaczymy”. To powiedziałeś.

— Powiedziałem „na zobaczymy”.

— Brzmiało inaczej.

— Nie mogę odpowiadać za wersję zdania, którą sobie dopisałaś.

Za stołem Iga przestała pisać.

Bartek był przy drzwiach. Zośka miała telefon w dłoni, ale ekran zdążył wygasnąć.

Alka zaśmiała się krótko, bez humoru.

— Super.

— Co super?

— Nic. Rób swoją kartkę.

— To jest wspólna kartka.

— Właśnie dlatego przestała być moja.

Mikołaj spojrzał na nią z irytacją.

— Możesz nie robić z tego osobistego konfliktu za każdym razem, kiedy nie wybieram twojej wersji?

Alka odsunęła krzesło.

— Mogę. Jak tylko przestaniesz mówić do mnie, jakbym była dodatkowym ryzykiem w harmonogramie.

— Nie mówię tak.

— Dobrze.

— Nie powiedziałem, że jesteś ryzykiem.

— Mikołaj, serio, przestań teraz udowadniać, czego literalnie nie powiedziałeś.

Wstała.

— Idę po te pudła z oznaczeniami. Bartek, gdzie są?

Bartek wskazał zaplecze.

— Drugie drzwi, po lewej.

Alka wyszła.

Mikołaj został przy laptopie.

Nikt się nie odezwał.

Po chwili Franek zapytał:

— Mam nadal sprawdzać zawieszkę?

— Tak.

— Którą wersję?

Mikołaj wziął oddech.

— Obie. Bez decyzji na razie.

Franek skinął głową.

— Dobrze.

Bartek przesunął karton nogą bliżej ściany.

— Chcesz coś powiedzieć? — zapytał Mikołaj.

— Nieszczególnie.

— To przestań robić tę minę.

— To moja twarz.

Mikołaj wrócił do laptopa.

Bartek wytrzymał może trzy sekundy.

— Powiedziałeś to do niej.

— Powiedziałem o sposobie pracy.

— Do niej.

Iga przestała stukać w klawiaturę.

— Iga, nie — rzucił Mikołaj, zanim zdążyła się odezwać.

— Nic jeszcze nie powiedziałam.

— Właśnie.

Zośka odłożyła telefon.

— Dobra, odpuśćmy. Tylko nie rób teraz procesu o każde słowo. Zabrzmiało jak przytyk.

— Nie był.

— To się później dogadacie.

— Nie ma czego dogadywać.

Nikt mu nie odpowiedział. Mikołaj przez chwilę patrzył w ekran, po czym otworzył zupełnie inny plik niż chciał i zaklął pod nosem.

Alka wróciła z dwoma pudłami. Jedno postawiła przy Idze, drugie przy Franku.

Nie spojrzała na Mikołaja.

Przez następne dwadzieścia minut pracowali tak, jak ludzie potrafią pracować po kłótni, której nie mają czasu dokończyć.

Konkretnie.

Iga pytała Alkę o długość komunikatu i dostawała odpowiedź. Bartek potrzebował nożyczek, Alka podała. Franek przeczytał zawieszkę na głos, Zośka poprawiła jedno słowo. Mikołaj rozmawiał z Martą o ekranie w holu i nikogo nie prosił o zdanie, którego nie potrzebował.

Nikt nie chodził na palcach.

Nikt też nie żartował.

Dopiero kiedy Bartek szukał grubego markera, Alka bez słowa wyciągnęła go z własnej kieszeni i rzuciła w jego stronę.

Bartek złapał.

— Dzięki.

— Oddaj.

— Nie obiecuję.

Iga uniosła głowę.

Alka spojrzała na nią.

— Co?

— Nic.

— Nie zaczynaj.

Iga wróciła do laptopa.

Pierwszy żart po kłótni nie dotyczył Mikołaja. Nikt tego nie skomentował.

Pod koniec dnia zostali w budynku we troje.

Zośka wyszła po Tymka. Franek miał autobus o siedemnastej trzydzieści dwa i tym razem Mikołaj kazał mu iść dziesięć minut wcześniej, zamiast czekać na kolejne pytanie. Iga zabrała laptop do domu, bo chciała rano wysłać wersję formularza do Niny. Bartek został najdłużej z nimi, ale o siedemnastej trzydzieści pięć zadzwonił człowiek od wynajmu barierek i po trzech zdaniach okazało się, że musi jechać do magazynu zobaczyć na własne oczy, co znaczy „wysokość około dziewięćdziesięciu”.

Alka siedziała na podłodze przy pudle z oznaczeniami.

Mikołaj stał dwa metry dalej i zamykał kolejne pliki na laptopie.

Przez kilka minut słyszeli tylko deszcz uderzający o parapet.

Alka wyjęła z pudła tabliczkę „MOŻESZ WYJŚĆ WCZEŚNIEJ” i odłożyła na bok.

Potem „MIEJSCE NA PRZERWĘ”.

Potem pustą podstawę.

— Gdzie jest druga strzałka do toalety? — zapytała.

— W niebieskim pudle.

— To jest niebieskie.

Mikołaj spojrzał.

— Drugim niebieskim.

— Mamy dwa niebieskie.

— Bartek opisywał.

Alka obróciła pudło.

Na boku markerem było napisane: NIEBIESKIE 2.

— Nienawidzę tego, że to działa.

— Dlaczego?

— Bo chciałam mieć rację.

Mikołaj zamknął ostatni plik.

— Alka.

Nie odpowiedziała od razu. Wyjęła strzałkę i obejrzała ją z obu stron, chociaż nie było tam nic nowego.

— Mhm?

— Wcześniej... źle to powiedziałem.

— To akurat szeroka kategoria.

Mikołaj oparł dłonie o stół.

— Z tym „zobaczymy”. Nie chodziło mi o to, że twoja metoda jest problemem.

— Domyśliłam się.

— To czemu...

— Bo mnie wkurzył sposób. — Alka przesunęła kciukiem po krawędzi tabliczki. — Jak się spinasz, zaczynasz mówić do ludzi jak do rzeczy do ogarnięcia.

Mikołaj od razu zesztywniał.

— Nie mówię do ludzi jak do rzeczy.

— Dzisiaj mówiłeś.

— Nie chciałem.

— No.

Cisza zrobiła się niezręczna szybciej, niż którekolwiek z nich chciało.

— Nie wiem, co mam ci na to odpowiedzieć — powiedział w końcu Mikołaj.

— To przez chwilę nic.

— To też brzmi jak polecenie.

Alka zerknęła na niego i prychnęła.

— Dobra, widzisz? Już mnie denerwujesz drugi raz.

— Ty mnie też.

— Świetnie. Czyli wróciliśmy do normy.

Nie uzgodnili, kto miał rację. Przez następną minutę każde zajmowało się swoim pudłem.

Potem Mikołaj powiedział:

— Wysłałem zły formularz do druku.

Alka podniosła głowę.

— Byłam przy tym.

— Jeszcze godzina nie minęła.

— Minęła.

— Cholera.

— Możesz już używać.

— Dzięki za zgodę.

— Nie daję zgody.

Alka uśmiechnęła się pierwszy raz od kłótni bez wysiłku.

Mikołaj też.

— Chodzi mi o to — powiedział — że normalnie sprawdziłbym paczkę trzy razy.

— I dzisiaj nie sprawdziłeś.

— Tak.

— Bo jesteś zmęczony.

— To nie jest usprawiedliwienie.

— Nie. To jest przyczyna. Usprawiedliwienie byłoby, gdybyś powiedział drukarni, że plik sam się wysłał.

Mikołaj przesunął stopą pustą podstawę tabliczki.

— Nie podoba mi się, że mam więcej błędów, kiedy jest ważniej.

— Człowiek ma zwykle więcej błędów, kiedy jest ważniej, bo wtedy robi trzy razy więcej rzeczy.

— To brzmi bardzo wygodnie.

— Bo jest prawdziwe i niewygodne jednocześnie. Najgorszy rodzaj.

Mikołaj nie odpowiedział.

Alka sięgnęła po kolejną strzałkę.

— Iga miała rację, że nie ogarnęłam próbki.

— Miała.

Alka zatrzymała rękę.

— Ty naprawdę nie umiesz czasem odczekać dwóch sekund?

— Przed czym?

— Przed walnięciem człowieka faktem w czoło.

Mikołaj już otwierał usta.

— Nie tłumacz — dodała. — To było pytanie retoryczne.

— Nigdy nie wiem, kiedy takie robisz.

— To akurat wierzę.

Wróciła do pudeł, wciąż trochę zła, ale już nie tylko na niego.

Kiedy skończyli, było po osiemnastej.

Mikołaj zamknął laptop, Alka włożyła tabliczki z powrotem w kolejności, która według Bartka miała sens, ale nie według alfabetu, wielkości ani miejsca użycia.

Przy wyjściu Mikołaj sprawdził trzy razy, czy zabrali kartę dostępu.

Za trzecim razem Alka nic nie powiedziała.

Dopiero na schodach zapytała:

— Jadłeś tę drugą połowę kanapki?

Mikołaj zatrzymał się.

— Została na stole.

— Czyli nie.

— Wrócę.

— Nie wracaj po kanapkę, która leży od czternastej.

— Jest w folii.

— Folia nie zatrzymuje czasu.

— Szkoda jedzenia.

— Mikołaj.

Zawahał się.

— Dobrze.

Alka zeszła kolejny stopień.

— Wyrzucimy rano.

— To jeszcze gorzej.

— Wiem.

Spojrzała na niego.

— I właśnie zużyłam słowo po minucie.

Mikołaj parsknął.

Na dole ekran z planem zajęć nadal pokazywał próbę chóru, która nie miała się odbyć.

Iga dostała już odpowiedź od Marty: administracja zaktualizuje ekran do środy.

Mikołaj przeczytał wiadomość na telefonie przy drzwiach.

— Jedna rzecz mniej.

— Nie licz — powiedziała Alka.

— Dlaczego?

— Bo zaraz pojawią się dwie nowe.

Drzwi otworzyły się i wpuściły zimne, mokre powietrze.

Na podjeździe nadal stała woda przy kratce.

Nie więcej niż rano.

Nie mniej.

***

We wtorek rano Bartek przywiózł gilotynę do papieru w skrzynce po elektronarzędziach.

Alka zobaczyła ją na podłodze przy wejściu do biura i zatrzymała się z kubkiem kawy w dłoni.

— To wygląda bardzo nielegalnie.

— Bo nie widziałaś prawdziwej gilotyny.

— Dziękuję, teraz wygląda też edukacyjnie.

Bartek podniósł skrzynkę.

— Drukarnia daje arkusze o jedenastej. Przytniemy tutaj. Iga ma wzornik.

— Wiem, jaki jest plan.

— Mówię, żebyś nie panikowała.

— Nie panikuję.

— Wczoraj trzy razy powiedziałaś, że odbierzesz osobiście.

— Bo odbiorę.

— To nie jest panika, tylko plan z wysoką częstotliwością powtórzeń.

Alka weszła do środka.

— Jesteś bardzo rozmowny jak na człowieka, któremu wczoraj prawie zrobiono ocenę okresową za dotknięcie wózka.

Bartek postawił skrzynkę pod stołem.

— Przeprosiliśmy się.

— To dobrze.

— I nie było „prawie”.

— Jeszcze gorzej.

Mikołaj siedział już przy swoim biurku. Tym razem koszula była zapięta poprawnie, kawa stała po prawej stronie laptopa, a obok leżała kartka z sześcioma punktami zapisanymi dużymi literami.

Alka przechodząc zwolniła.

— Co to?

— Priorytety na dzisiaj.

— Czemu na papierze?

— Bo wczoraj miałem je w trzech plikach i dwóch mailach.

Bartek, który właśnie wyjmował gilotynę, powiedział:

— Czyli jednak papier wygrał.

Mikołaj nawet nie podniósł głowy.

— Nie zaczynaj.

— Nic nie powiedziałem o twoim charakterze — odparł Bartek.

Mikołaj wrócił do kartki.

Pierwszy punkt: formularz zdrowotny — akceptacja zakresu.

Drugi: wejście po czasie — komunikacja + obsada.

Trzeci: miejsce na przerwę — salka / serwis / zawieszka.

Czwarty: podjazd — mata / procedura deszcz.

Piąty: szkolenie zespołu piątek.

Szósty: druk / oznaczenia.

Pod spodem, mniejszymi literami, dopisał: NIE DOKŁADAĆ BEZ POWODU.

Alka przeczytała dwa razy.

— To ty napisałeś?

— Tak.

— Dobrowolnie?

Mikołaj odłożył długopis.

— Jeżeli zaczniesz, przepiszę to na tabelę.

— Nie zaczynam. Jestem wzruszona.

Iga weszła do biura i usłyszała tylko ostatnie zdanie.

— Czym?

Alka wskazała kartkę.

Iga przeczytała.

— Brakuje osoby odpowiedzialnej przy każdym punkcie.

— Nie brakuje. Jest w osobnym pliku.

Iga skinęła głową.

— W takim razie dobrze.

Alka przycisnęła kubek do ust, żeby nie powiedzieć niczego.

Bartek zauważył.

— To cię fizycznie boli?

— Trochę.

Franek wszedł minutę później i od progu powiedział:

— Mam odpowiedź od Niny w sprawie zawieszki.

— Dzień dobry — odpowiedziała Zośka, która właśnie zdejmowała kurtkę.

Franek zatrzymał się.

— Dzień dobry.

— Teraz zawieszka.

— Nina napisała, że można. Tylko tekst „możesz wejść” nie powinien być skierowany do wszystkich, bo uczestnik może chcieć, żeby weszła tylko konkretna osoba. Proponuje „zapukaj” i „wejście po uzgodnieniu”.

Alka skrzywiła się.

— Drugie brzmi jak regulamin osiedla.

Iga od razu:

— Też tak myślę.

— Możemy „zapukaj” i „możesz wejść, jeśli ustaliliśmy”? — zapytał Franek.

— Kto „my”? — powiedziała Zośka.

Franek spojrzał na kartkę.

— Racja.

Mikołaj wziął długopis.

— Nie rozwiązujmy tego teraz. Alka, Iga, Franek — trzy propozycje do południa, potem Nina wybierze z nami wersję.

— Trzy propozycje to nie za dużo?

Mikołaj spojrzał na swój napis na dole kartki.

NIE DOKŁADAĆ BEZ POWODU.

— Dwie.

— Jestem naprawdę dumna.

— Przestań.

Tym razem się uśmiechał.

***

Przed południem Alka była w drukarni.

Kilkanaście minut później zadzwoniła do Igi.

— Mamy problem, ale taki mały.

Iga nie odpowiedziała od razu.

— Ile mały?

— Kolor jest minimalnie ciemniejszy niż na próbce ekranowej.

— To nie jest problem.

— Wiedziałam, że tak powiesz.

— To po co dzwonisz?

— Bo chciałam usłyszeć na żywo, że nie każesz im drukować drugi raz.

— Alka.

— Dobra. Biorę.

— Sprawdź tylko kontrast tekstu.

— Sprawdziłam.

— Czytelny?

— Tak.

— To bierz.

Alka milczała sekundę.

— Iga.

— Co?

— Wczoraj za bardzo się na ciebie obraziłam.

Po drugiej stronie była krótka cisza.

— Ja za bardzo powiedziałam.

— To już powiedziałaś.

— Ty też już powiedziałaś, że zapomniałaś.

— Dobra, czyli zamykamy księgowość emocjonalną.

— Proszę.

— Odbieram arkusze.

— Przywieź wszystkie, nawet te z marginesem.

— Po co?

— Do prób cięcia.

— Oczywiście.

— I nie składaj.

Alka spojrzała na duży płaski pakiet leżący na ladzie.

— Właśnie chciałam.

— Wiedziałam.

— Nienawidzę cię trochę.

— Do zobaczenia.

Iga się rozłączyła.

Alka uśmiechnęła się do telefonu.

Pracownica drukarni spojrzała na nią znad terminala.

— Wszystko w porządku?

— Tak. Mamy relację opartą na kontroli jakości.

Kobieta nie zapytała z kim.

Przycinanie tabliczek trwało dłużej, niż Bartek obiecywał. Gilotyna działała bez zarzutu; gorzej działała zgodność między nimi.

Każdy arkusz miał po kilka elementów, Iga chciała zostawić trzy milimetry marginesu, Bartek uważał, że dwa wystarczą, Franek mierzył linijką każdy pierwszy egzemplarz, a Alka po czwartym cięciu odkryła, że jej ręka ma naturalną skłonność do skręcania o pół milimetra w lewo.

— Nie tnę — powiedziała.

— Dobrze — odpowiedziała Iga.

— Mogłaś chociaż poudawać, że będzie ci brakować mojej pomocy.

— Będzie mi brakować twojej pomocy w innych obszarach.

— To brzmi jak bardzo eleganckie odsunięcie od maszyny.

— Tak.

Bartek wziął kolejny arkusz.

— Ja tnę szybciej.

Iga położyła dłoń na papierze.

— I krzywiej.

— Nie krzywiej. Dynamiczniej.

— Nie istnieje dynamiczny margines.

Franek sprawdził ostatnią tabliczkę.

— Dwa i pół milimetra z lewej, trzy z prawej.

Iga spojrzała na Bartka.

— Widzisz.

Bartek wziął tabliczkę.

— To pół milimetra.

— Widzę.

— Uczestnik nie zobaczy.

— Ja zobaczę.

— To nie jest wydarzenie dla ciebie.

Iga otworzyła usta.

Zamknęła.

Alka przestała układać gotowe elementy.

Bartek też wyglądał, jakby nie spodziewał się, że zdanie trafi dokładnie tam, gdzie trafiło.

Iga spojrzała jeszcze raz na margines.

— Dobra.

Bartek ostrożnie odłożył tabliczkę.

— Dobra co?

— Zostawiamy.

— Serio?

— Pół milimetra nie zmienia czytelności.

Alka wyciągnęła telefon.

— Czy mogę nagrać tę chwilę?

— Nie.

— Dla archiwum firmy.

— Alka.

— Odkładam.

Iga wzięła kolejny arkusz.

— Tylko nie róbcie z tego przemiany duchowej. Nadal chcę trzy milimetry, jeśli możemy mieć trzy.

— Czyli standard zostaje, egzekucja warunkowa — powiedział Franek.

— Tak.

— To zapiszę przy instrukcji cięcia.

— Nie musisz.

— Już zapisałem.

Bartek parsknął.

Iga nie kazała mu skreślać.

***

W środę wydarzenie przyjechało w pudłach.

Najpierw sześć dużych kartonów z materiałami dla stanowisk warsztatowych. Potem dwa stojaki, trzy składane stoły, paczka identyfikatorów, pojemnik z klipsami, lampy, listwy zasilające, dwie role wykładziny ochronnej i jeden baner, który według pliku miał dwa metry szerokości, a po rozwinięciu wyglądał, jakby miał przykryć pół ściany.

Bartek trzymał jego prawy koniec.

Alka lewy.

Między nimi na podłodze rozciągało się logo GIFT-u i duży napis powitalny.

— O — powiedziała Alka.

— Co „o”?

— To jest większe.

Bartek spojrzał na nią ponad materiałem.

— Ma dwa metry. W pliku też miał dwa.

— Dwa metry w pliku nie zajmują dwóch metrów.

— Zajmują w skali.

— Nie pomagaj.

Iga stała trzy kroki dalej i patrzyła na baner.

— Tekst jest za nisko.

Bartek zamknął oczy.

— Jeszcze go nie powiesiliśmy.

— Wiem, gdzie będzie dół.

— Możemy podnieść całość.

— Wtedy logo będzie prawie pod sufitem.

Mikołaj wszedł do sali z kolejną listą przewozową.

— Co jest?

Alka odwróciła głowę.

— Baner urósł poza internetem.

— Ma właściwy wymiar?

Bartek odpowiedział:

— Tak.

— To co jest problemem?

Iga wskazała dolną linię tekstu.

— Jeśli człowiek stoi blisko, zasłoni ją sam sobie. Jeśli siedzi niżej, zobaczy, ale wtedy logo jest za wysoko.

Mikołaj popatrzył na ścianę, potem na materiał.

— Musi wisieć tutaj?

Bartek od razu:

— Nie.

— W koncepcji tak.

— Koncepcja nie ma kołków w tej ścianie. Ta ma.

— Gdzie indziej?

Bartek puścił swój koniec i podszedł do bocznej ściany.

— Tu mamy szerszy odcinek. Bez drzwi. Można powiesić niżej.

Iga stanęła w miejscu, gdzie wskazał.

— Ale nie będzie widoczny od wejścia.

— Może nie musi.

— To powitanie.

— Mamy też tablicę przy wejściu.

Iga spojrzała na baner znowu.

Mikołaj nie proponował rozwiązania.

Alka zauważyła to po kilku sekundach.

— Nic nie powiesz?

— Czekam.

— Na co?

— Aż skończą.

Bartek obejrzał się.

— Czy ty właśnie ćwiczysz?

— Nie.

— Wygląda jak ćwiczenie.

Mikołaj spojrzał na listę przewozową.

— To może być po prostu baner boczny. Przy wejściu zostaje informacja funkcjonalna, nie branding.

Iga nadal nie wyglądała na przekonaną.

— Chcę zobaczyć z korytarza.

— Zobaczmy — powiedział Mikołaj.

Alka uniosła brew.

On zauważył.

— Ani słowa.

— Nie powiedziałam.

— Powiedziałaś twarzą.

— To prywatny kanał komunikacji.

Rozwinęli baner przy bocznej ścianie.

Z korytarza było widać połowę logo i prawie cały tekst. Z wejścia do sali — wszystko. Z miejsca informacji — również.

Iga zrobiła dwa zdjęcia.

— Jest lepiej.

Bartek oparł ręce na biodrach.

— Dziękuję.

— Nie tobie.

— Ścianie?

— Trochę.

Mikołaj zapisał zmianę lokalizacji w planie.

Alka nadal trzymała zwinięty lewy koniec baneru.

— To jest ten moment, kiedy zaczyna istnieć naprawdę.

Nikt od razu nie odpowiedział. Przez kilka sekund patrzyli na salę, jakby zobaczyli ją pierwszy raz.

Jeszcze dwa dni wcześniej większość rzeczy była kartkami, plikami i taśmą na podłodze. Teraz na ścianach pojawiały się znaki. Przy wejściu stały prawdziwe stojaki. Pod ścianą piętrzyły się pudełka z materiałami. Kable prowadziły do miejsc, które w sobotę miały być stanowiskami. W rogu stała mała lampa przeznaczona do miejsca na przerwę.

Nie było ładnie.

Było w trakcie.

Bartek pierwszy przerwał ciszę.

— Jeszcze będzie gorzej, jak rozpakujemy dekoracje.

Alka pokiwała głową.

— Dziękuję. Już mi przeszło.

Wczesnym popołudniem Iga znalazła trzydzieści identyfikatorów z błędnym otworem na klips.

Nie pękniętym.

Błędnym.

Producent wyciął otwór o centymetr za wysoko, przez co karta po przypięciu obracała się i wisiała prawie poziomo.

Bartek przypiął jedną do własnej koszulki.

Karta przekręciła się bokiem.

— Wyglądam tajemniczo.

Iga nie odpowiedziała.

Przypięła drugą do smyczy. Na smyczy działała normalnie.

— Czyli problem tylko przy klipsie — powiedział Franek.

— „Tylko” przy jednej z trzech opcji, którą specjalnie zostawiliśmy po konsultacji — odpowiedziała Iga.

— Nie mówiłem, że mały.

Franek cofnął się o krok.

Iga od razu spojrzała na niego.

— Przepraszam. To nie było do ciebie.

— Dobrze.

Mikołaj wziął jedną kartę.

— Ile jest dobrych?

Franek policzył stosy.

— Siedemdziesiąt dwa bez błędu. Trzydzieści z otworem wysoko. Osiem bez otworu, ale te miały być do smyczy.

— Ile potrzebujemy maksymalnie klipsów?

Iga otworzyła listę.

— Nie wiemy, bo wybór jest na miejscu. Ale przy stu uczestnikach nie chcę mieć tylko siedemdziesięciu dwóch działających kart, jeśli część wybierze klips, a część się zniszczy.

— Producent zdąży poprawić trzydzieści?

— Na piątek może.

Bartek odpiął krzywą kartę.

— Można też zrobić awaryjnie drugi otwór ręcznie.

Iga spojrzała na niego.

— Nie.

— Mamy dziurkacz szczelinowy.

— Nie chcę, żebyśmy w piątek wieczorem ręcznie poprawiali trzydzieści identyfikatorów.

— Nie mówię, żeby teraz. Mówię jako plan B.

Iga patrzyła na kartę.

— Plan B może być.

Bartek uniósł brew.

— Bez walki?

— Jest środa. Oszczędzam siły.

Mikołaj już pisał reklamację.

Alka siedziała na podłodze przy pudle z materiałami i układała trzy wersje informacji przed wydarzeniem w pakiety. Jedna kartka była krótka. Druga rozwinięta. Trzecia zawierała zdjęcia wejścia, mapę i opcjonalny harmonogram.

Po chwili podniosła rękę.

— Mamy problem językowy.

— Jaki?

— W wersji krótkiej jest „możesz przyjść później”. W rozwiniętej „wejście możliwe przez cały czas wydarzenia”. To nie jest to samo, bo po dwóch godzinach część stanowisk może się kończyć.

Mikołaj przestał pisać.

— Racja.

— Chcemy powiedzieć: możesz wejść później, ale program już trwa.

— Tak.

Alka spojrzała na kartkę.

— „Możesz przyjść później. Wpuścimy cię, ale niektóre rzeczy mogą już trwać albo się skończyć.”

Iga otworzyła oczy.

— „Wpuścimy cię” brzmi, jakby wejście zależało od łaski.

— Prawda.

Franek zaproponował:

— „Możesz przyjść później. Wejście jest otwarte przez całe wydarzenie. Jeśli przyjdziesz później, część aktywności może już trwać albo być zakończona.”

Alka przeczytała w ciszy.

— Długie, ale jasne.

Iga pokiwała głową.

— Zostawmy.

Mikołaj dopisał zmianę.

Po chwili Bartek zapytał:

— A jeśli ktoś przyjdzie po zakończeniu?

Wszyscy spojrzeli na niego.

— Co? — powiedział. — „Przez całe wydarzenie” ma granicę.

Alka oparła czoło o kolano.

— Wiedziałam, że pojawią się dwie nowe rzeczy.

Telefon od Klary zadzwonił do Mikołaja w środę po południu.

Tym razem odebrał od razu.

— Cześć.

— No wreszcie normalnie odbierasz.

Mikołaj odsunął się od stołu. W sali Bartek i Iga nadal kłócili się o to, czy awaryjny drugi otwór w identyfikatorze jest „naprawą” czy „rękodziełem”.

— Jestem w pracy.

— Widzę po tonie.

— Nie możesz widzieć tonu.

— Mogę po tobie. Co robisz?

Mikołaj spojrzał na rozwinięty baner, pudła, listę identyfikatorów i Franka, który właśnie przykładał klips do karty pod trzema różnymi kątami.

— Składamy wydarzenie.

— Czyli już stoi?

— Częściowo.

— To zrób zdjęcie.

— Nie mogę wszystkiego wysyłać.

— To zrób tak, żeby nie było dzieci ani dokumentów. Chcę zobaczyć, nad czym tyle siedzisz.

Mikołaj prawie powiedział, że nie ma czasu robić zdjęcia.

Zamiast tego odsunął się jeszcze dwa kroki, skierował telefon na boczną ścianę z banerem i zrobił jedno ujęcie.

Wysłał.

Po kilku sekundach Klara powiedziała:

— Ładne.

— Jeszcze niegotowe.

— Pytałam, czy gotowe?

— Nie.

— To czemu się bronisz?

Mikołaj oparł się o parapet.

— Nie bronię się.

— Mhm.

W tle po stronie Klary coś stuknęło o blat.

— Co robisz? — zapytał.

— Ogórki.

— Jakie ogórki?

— Zwykłe. Halina dała za dużo. Robię dwa słoiki na szybko, resztę jej oddam, bo nie będę miała spiżarni z ogórków tylko dlatego, że jej obrodziło.

— Myślałem, że miała jabłka.

— Ma i jabłka, i ogórki. Ludzie mogą mieć więcej niż jedną rzecz w ogrodzie.

Mikołaj uśmiechnął się.

— Dobrze.

— W niedzielę będziesz?

— Prawdopodobnie.

— Nie „prawdopodobnie”. Albo będziesz, albo nie.

— Mamo, wydarzenie jest w sobotę. Nie wiem, o której skończymy i jak długo będziemy sprzątać.

— To napisz w sobotę wieczorem. Ja tylko pytam, czy mam robić obiad dla ciebie.

— Jak skończymy o ludzkiej porze, przyjadę.

Klara prychnęła.

— No. I tak trzeba było powiedzieć. Bartek ci najwyżej poprzestawia wszystko po drodze.

Mikołaj zerknął przez salę na Bartka.

— Dzisiaj miałby motywację.

— Pokłóciliście się?

— Trochę.

— O co?

— O wózek.

Zapadła cisza.

— Jaki wózek?

— Serwisowy.

— Mikołaj.

— To nie ma sensu bez kontekstu.

— Z tobą połowa kłótni nie ma sensu nawet z kontekstem.

— Dziękuję.

— Proszę. W niedzielę zrobię rosół albo coś prostszego. I przywieź mi ten mały śrubokręt, co zabrałeś ostatnio.

Mikołaj zmarszczył brwi.

— Jaki śrubokręt?

— Ten z żółtą rączką.

— Nie mam go.

— Masz.

— Nie mam.

— Leżał u ciebie na stole, jak byłam.

— To może być Bartka.

— Nie obchodzi mnie, czyj. Był mój wcześniej.

Mikołaj spojrzał na Bartka.

Bartek właśnie próbował ręką zasłonić Idze jedną trzecią karty identyfikacyjnej.

— Zapytam.

— I weź pojemnik, który ci dałam w sobotę.

— Oddałem ci pojemnik w sobotę.

— Ten po szarlotce tak. Dałam ci potem drugi z pierogami.

Mikołaj zamknął oczy.

— Racja.

— No właśnie.

— Jest w lodówce.

— W pracy?

— W domu.

— To dobrze. Już się bałam, że znowu karmisz cały zespół moimi rzeczami.

Mikołaj zerknął na Alkę.

Siedziała przy pudłach i rozmawiała z Frankiem. Nie patrzyła w jego stronę.

Klara powiedziała:

— I ta Alka przyjdzie kiedyś na kawę czy tylko istnieje w telefonie?

Mikołaj od razu:

— Nie istnieje w moim telefonie.

— To nawet gorzej.

— Mamo.

— Co? Pytam normalnie. Bartek przychodzi, Iga była, Franek raz był z wami po coś. Tylko o niej słyszę i nie widzę.

— Bo pracuje od niedawna.

— To może kiedyś wpadnie. Nie mówię jutro.

Mikołaj odwrócił się do okna.

— Zobaczymy.

— O, ulubione słowo.

— Mam spotkanie.

— Nie masz. Stoisz przy oknie i ze mną rozmawiasz.

— Skąd wiesz, że stoję przy oknie?

— Bo jak chodzisz, słychać kroki.

Mikołaj parsknął.

— Dobrze. W niedzielę dam znać. Śrubokręt sprawdzę. Pojemnik pamiętam.

— I zjedz coś.

— Jadłem.

— Co?

— Kanapkę.

— Całą?

Mikołaj zawahał się.

Klara westchnęła.

— Dobra, nie chcę wiedzieć. Pa.

— Pa.

— I zrób jeszcze jedno zdjęcie, jak będzie gotowe.

— Zrobię.

— Bez ludzi.

— Pamiętam.

Rozłączyła się.

Mikołaj został przy oknie jeszcze chwilę.

Bartek podszedł z kartą identyfikacyjną przypiętą do koszulki.

— Klara?

— Tak.

— Kłóciłeś się o śrubokręt?

— Skąd wiesz?

— Słyszałem „żółta rączka” i uznałem, że albo narzędzie, albo bardzo dziwne warzywo.

Mikołaj spojrzał na kartę wiszącą mu bokiem.

— Ten śrubokręt jest twój?

Bartek pomyślał.

— Mały krzyżak z żółtą rączką?

— Tak.

— Nie. Twój.

— Mamy jeden problem mniej.

— Gdzie jest?

— U mnie.

— To dobrze.

Bartek odszedł.

Mikołaj wrócił do stołu.

Alka uniosła głowę.

— Wszystko okej?

— Tak. Mama robi ogórki.

Alka patrzyła na niego sekundę.

— To jest odpowiedź, której się nie spodziewałam, ale przyjmuję.

— I pytała o ciebie.

Alka znieruchomiała z taśmą w dłoni.

— O mnie?

— Czy kiedyś wpadniesz na kawę.

— Co jej powiedziałeś?

— Nic konkretnego.

— Czyli?

— Że zobaczymy.

Alka odłożyła taśmę.

— Oczywiście.

— Co?

— Nic. To bardzo bezpieczna odpowiedź.

— Nie wiedziałem, co mam powiedzieć.

— Mogłeś powiedzieć, że jestem seryjną złodziejką długopisów konferencyjnych i nie wpuszcza się mnie do domów.

— To by ją zachęciło.

Alka uśmiechnęła się.

— Dobrze wiedzieć.

Po chwili wróciła do taśmy.

Nie zapytała, dlaczego Klara w ogóle chciała ją zaprosić.

Mikołaj też nie próbował tego tłumaczyć.

***

Środowe szkolenie próbne miało dotyczyć wolontariuszy, choć wolontariuszy jeszcze nie było.

Zespół ćwiczył na sobie.

Nina przygotowała sześć krótkich sytuacji. Każda miała być prosta, co w praktyce znaczyło, że po trzeciej zaczęli się spierać o słowo „prosta”.

W pierwszej Franek był uczestnikiem, który przyjechał z ojcem. Bartek miał być wolontariuszem przy wejściu.

— Dzień dobry — powiedział Bartek. — Jak mogę pomóc?

Franek spojrzał na kartę roli.

— Nie wiem.

Bartek czekał.

Franek też.

Po pięciu sekundach Bartek powiedział:

— To może pokażę, gdzie jest rejestracja?

Nina podniosła dłoń.

— Stop. Dlaczego od razu proponujesz rejestrację?

— Bo stoi przy wejściu i nie wie, co dalej.

— A w karcie ma coś o tym, czego szuka?

Franek przeczytał.

— „Chce znaleźć toaletę, ale nie chce pytać przy ojcu.”

Bartek spojrzał na niego.

— No to nie mogłem wiedzieć.

— Właśnie — powiedziała Nina. — Nie masz zgadywać. Możesz powiedzieć, co jest dostępne, albo zapytać, czego potrzebuje. Ale nie musisz wypełniać ciszy pierwszą rzeczą.

Bartek pokiwał głową.

— Dobra.

Powtórzyli.

— Dzień dobry. Jeśli chcesz, mogę powiedzieć, co jest gdzie, albo możesz rozejrzeć się sam.

Franek przeczytał kartę.

— Gdzie toaleta?

— W korytarzu po lewej. Mogę pokazać.

— Nie.

— Dobra.

Nina nie przerwała.

Franek ruszył dwa kroki i zatrzymał się.

— W karcie mam, że ojciec mówi: „Chodź, pokażę ci”.

— To powiedz — odparła Nina.

Franek zmienił głos tak niewiele, że wszyscy musieli przez sekundę ustalić, czy już gra ojca.

— Chodź, pokażę ci.

Bartek spojrzał na Ninę.

— I co ja robię?

— Nie wiem — powiedziała. — Co byś zrobił?

— Nic, jeśli uczestnik idzie z ojcem.

Franek przeczytał dalszą część.

— Uczestnik mówi „sam”.

Bartek odwrócił się do niego.

— To toaleta jest po lewej. Jeśli będziesz potrzebował, jestem tutaj.

Nina skinęła głową.

— Wystarczy.

Bartek odetchnął.

— To było podejrzanie łatwe.

— Bo przestałeś próbować wygrać scenkę.

Alka siedziała przy ścianie i uniosła palec.

— Czy możemy to wydrukować na koszulce Bartka?

— Nie.

— Szkoda.

W drugiej sytuacji Alka miała być wolontariuszką. Zośka uczestniczką, która nie chciała identyfikatora.

Alka zaczęła dobrze.

— Możesz wybrać smycz, klips albo nic.

— Nic — powiedziała Zośka.

— Jasne.

Nina nie przerwała.

Alka przez pół sekundy wyglądała na zadowoloną.

Zośka przeczytała dalszą część karty.

— „Rodzic mówi: weź chociaż klips, żeby cię było widać.”

Iga, grająca rodzica, powiedziała dokładnie to bez zmiany tonu.

Alka spojrzała na Igę.

— Ona powiedziała, że nie chce.

Nina podniosła rękę.

— Stop.

Alka od razu:

— Za ostro?

— Nie tylko. Wchodzisz między uczestniczkę a rodzica jak rzecznik prasowy.

— Ale przecież powiedziała jasno.

— Tak. Możesz wrócić pytaniem do niej. Nie musisz poprawiać rodzica.

Alka skrzyżowała ręce.

— Czyli?

Nina spojrzała na Zośkę.

— Spróbuj.

Powtórzyli.

Iga: 

— Weź chociaż klips, żeby cię było widać.

Alka odwróciła się do Zośki.

— Nadal wolisz bez?

— Tak.

— Dobra. To bez.

Nina nie zatrzymała.

Iga przeczytała dalszą część swojej karty.

— „Rodzic mówi do wolontariuszki: ona zawsze tak mówi, potem gubi rzeczy.”

Alka zamknęła oczy.

— Nino, ty się mścisz.

— Nie.

— Czuję zemstę pedagogiczną.

— Odpowiedz.

Alka spojrzała na Igę, potem na Zośkę.

— Jeśli zmienisz zdanie, klipsy będą tutaj.

Zośka skinęła głową.

Nina powiedziała:

— Dobrze.

Alka usiadła.

— Nie podoba mi się, że poprawna odpowiedź była krótsza niż moja pierwsza potrzeba obrony człowieka.

Zośka odpowiedziała:

— Nie każda obrona jest pomocą.

— Zapiszę to sobie na ścianie, ale dopiero po GIFT-cie.

Trzecia sytuacja była Mikołaja.

Miał być osobą przy informacji. Iga uczestniczką, która pytała, gdzie ma zgłosić lek potrzebny w trakcie wydarzenia.

Mikołaj odpowiedział:

— Koordynatorowi medycznemu. Punkt jest przy…

Nina zatrzymała.

— Jeszcze raz. Osoba pyta „gdzie mam zgłosić lek”, nie „gdzie jest koordynator medyczny”.

— Ale odpowiedź jest ta sama.

— Nie do końca. Może nie wiedzieć, co będzie dalej. Wyjaśnij jedną rzecz więcej, nie pięć.

Mikołaj spróbował.

— Jeśli lek może być potrzebny podczas wydarzenia, podejdź ze mną do osoby medycznej. Ona powie, czy trzeba coś zapisać i gdzie lek może być przechowany.

Iga przeczytała kartę.

— „Nie chcę iść teraz. Kto zobaczy informację?”

Mikołaj odpowiedział odruchowo:

— Tylko koordynator bezpieczeństwa medycznego i koordynator wydarzenia, jeśli informacja jest potrzebna operacyjnie.

Franek poruszył się na krześle.

Nina zauważyła.

— Franek?

— „Jeśli potrzebna operacyjnie” jest niejasne.

— Masz rację.

Franek nie dodał nic.

Mikołaj spróbował jeszcze raz.

— Formularz widzi osoba medyczna i jedna wskazana osoba odpowiedzialna za wydarzenie. Wolontariusze go nie widzą. Jeśli nie chcesz podawać informacji teraz, możesz najpierw porozmawiać z osobą medyczną i zapytać, co naprawdę jest potrzebne.

Iga skinęła głową.

Nina również.

Franek siedział nieruchomo.

Alka spojrzała na niego, ale nie pytała, skąd tak bardzo zależało mu na tym zdaniu.

W czwartej sytuacji Franek miał być wolontariuszem.

Po dwóch sprzecznych poleceniach od Niny i Mikołaja zatrzymał scenkę sam.

— Nie wiem, co mam teraz zrobić.

Nina spojrzała na jego kartę.

— Co jest sprzeczne?

— Ty powiedziałaś, że mam pozwolić uczestnikowi wybrać drogę. Mikołaj powiedział przed scenką, że przy tym stanowisku kierujemy wszystkich prawą stroną, bo lewa jest techniczna. Jeśli uczestnik wybiera lewą, nie wiem, czy mam nie poprawiać, czy zatrzymać.

Mikołaj od razu:

— Zatrzymać, jeśli lewa jest niedostępna.

Franek spojrzał na Ninę.

— Czyli nie jest wyborem.

Nina skinęła głową.

— Racja. Źle zbudowałam sytuację.

Franek wyraźnie się rozluźnił.

— Dobrze.

Mikołaj powiedział:

— I ja źle powiedziałem „wybierz drogę”, jeśli jedna nie jest dostępna.

— Powiedziałeś „nie sugeruj”.

— Jeszcze gorzej.

Bartek odchylił się na krześle.

— To jest bardzo budujące. Prowadzący też psują test.

Nina spojrzała na niego.

— Oczywiście.

— Możesz to powiedzieć wolontariuszom w piątek? Będzie im łatwiej.

Nina pomyślała.

— Mogę.

Mikołaj dopisał coś do kartki szkolenia.

Alka zauważyła.

— Co wpisujesz?

— „Jeśli instrukcja jest sprzeczna, zatrzymaj i zapytaj”.

— To brzmi jak zasada dla całego życia.

Iga odparła:

— Nie rób baneru.

— Nie robię.

Po sześciu sytuacjach mieli osiem nowych uwag.

Mikołaj patrzył na listę dłużej niż powinien.

Bartek szturchnął nogą jego krzesło.

— Nie dokładać bez powodu.

Mikołaj odnalazł kartkę z wtorku, którą nadal miał w teczce.

— Pamiętam.

Bartek uniósł brwi.

Mikołaj poprawił się:

— Pamiętam.

— Lepiej.

***

W czwartek rano Mikołaj wysłał tę samą wiadomość do firmy transportowej dwa razy.

Pierwsza poszła o ósmej dwanaście.

Druga o ósmej dziewiętnaście.

Nie zauważył, dopóki kierowca nie odpisał: „Tak, nadal potwierdzam 7:30 :)”.

Alka siedziała naprzeciwko z trzema otwartymi plikami i jednym telefonem przy uchu. Zobaczyła wiadomość, bo Mikołaj odchylił laptop, jakby ekran był winny.

— Co?

— Nic.

— To jest twoje „nic”, które wygląda jak kontrola skarbowa.

Mikołaj pokazał jej ekran.

Alka przeczytała.

— O.

— Nie komentuj.

— Nie komentuję.

— Uśmiechasz się.

— Kierowca dał buźkę. To społecznie zaraźliwe.

Mikołaj usunął drugą wiadomość z wysłanych, choć niczego to nie zmieniało.

— Nie da się odwysłać maila po siedmiu minutach — powiedziała Alka.

— Wiem.

— Tylko mówię.

— Dlaczego masz trzy pliki otwarte?

Alka spojrzała na ekran.

— Bo robię trzy rzeczy.

— Jednocześnie?

— Naprzemiennie.

— To brzmi jak jednocześnie z przerwami.

Alka zasłoniła mikrofon telefonu.

— Czy właśnie próbujesz odzyskać godność po dwóch mailach, atakując mój pulpit?

— Nie.

— Świetnie. W takim razie mój pulpit czuje się bezpieczny.

Zdjęła dłoń z mikrofonu i wróciła do rozmowy.

— Tak, jestem. Przepraszam. Może pani powtórzyć liczbę pakietów?

Alka pokazała mu środkowy palec poniżej blatu, bez odrywania wzroku od ekranu.

Mikołaj prawie się roześmiał.

Prawie.

Telefon na jego biurku zadzwonił.

Tym razem sprawdził, kto dzwoni, zanim odebrał.

Czwartek miał być dniem, w którym wszystko przestawało się zmieniać.

O dziesiątej trzydzieści lista zmian miała jedenaście pozycji.

Żadna nie była duża.

To było gorsze.

Jedna dotyczyła taśmy na podłodze przy punkcie informacji. Druga dodatkowego numeru telefonu w wersji dla opiekuna. Trzecia wysokości jednej planszy. Czwarta braku przedłużacza z zabezpieczeniem. Piąta podpisu na pudełku z identyfikatorami. Szósta tego, że w mailu przed wydarzeniem zdjęcie wejścia zrobiono w słońcu, a prognoza na sobotę przewidywała chmury i wejście wyglądało ciemniej.

Przy tej szóstej Iga sama zatrzymała rękę na myszce.

— Nie.

Alka podniosła wzrok.

— Co nie?

— Chciałam zrobić drugie zdjęcie przy zachmurzonym niebie.

— I?

— Nie robię.

— Dlaczego?

Iga spojrzała na zdjęcie.

— Bo drzwi są tymi samymi drzwiami.

Bartek, który przechodził za jej krzesłem z listwą zasilającą, zatrzymał się.

— Dobrze się czujesz?

Iga odwróciła się.

— Idź.

— Pytam z troski.

— Idź dalej z listwą.

Bartek poszedł.

Alka nachyliła się do Igi.

— Jestem dumna.

— Nie rób z tego wydarzenia.

— To jest wydarzenie.

— Alka.

— Już.

Po dziesięciu minutach Iga wykreśliła jeszcze dwie drobne poprawki. Przy trzeciej nie potrafiła.

— Ta plansza jest za nisko.

Bartek wrócił.

— Dla kogo?

— Dla człowieka stojącego.

— I za wysoko dla części siedzących, jeśli podniesiesz.

— To zostaw środek.

— To nie jest środek. To siedem centymetrów poniżej środka.

Bartek spojrzał na Mikołaja.

Mikołaj siedział przy końcu stołu i próbował nie odpowiadać.

— Nie patrz na niego — powiedziała Iga.

Bartek odwrócił głowę.

— Nie patrzę.

— Patrzyłeś.

— Szukałem wsparcia instytucjonalnego.

Iga zmierzyła planszę jeszcze raz.

— Podnoszę trzy centymetry.

— Dlaczego trzy?

— Bo siedem mnie drażni, a dziesięć pogarsza dół.

— To jest bardzo naukowe.

— Nie pytałam.

Bartek nie odpowiedział.

Podszedł i przytrzymał planszę trzy centymetry wyżej.

Iga stanęła w miejscu wejścia, potem usiadła na krześle, potem przykucnęła.

— Zostaw.

— Tutaj?

— Tak.

— Mam zaznaczyć?

— Tak.

Bartek przykleił mały kawałek taśmy.

— Gotowe.

Iga spojrzała.

— Krzywo.

Bartek cofnął rękę.

— Nie. Zostaw.

Bartek popatrzył na taśmę.

— Serio?

— To znacznik montażowy. Nie będzie go w sobotę.

— Właśnie dlatego pytałem.

Iga pokiwała głową sama do siebie.

— Dobrze. Zostaw.

Mikołaj, który słuchał kątem ucha, dopisał coś do swojej kartki.

Alka zobaczyła.

— Co teraz?

— Nic.

— Kłamiesz bardzo słabo.

Mikołaj odwrócił kartkę.

Na dole napisał: NIE KAŻDY SZCZEGÓŁ JEST DECYZJĄ.

— Nie powiem.

— Dziękuję.

— Ale mam bardzo dużo materiału.

— To już było.

— Wiem. Recykling.

W południe okazało się, że firma od wykładziny ochronnej przywiozła rolkę o metr za krótką.

Tym razem błąd nie był ich.

Bartek mierzył dwa razy, bo za pierwszym nie uwierzył.

— Dziewięć.

Franek spojrzał na zamówienie.

— Miało być dziesięć.

— Wiem, ile miało być.

— Pytam, czy jest dokładnie dziewięć.

Bartek rozwinął miarkę jeszcze raz.

— Dziewięć zero dwa.

— Czyli dwa centymetry więcej.

— Tak.

— Nadal brakuje dziewięćdziesiąt osiem.

— Franek.

— Nie mówię, że dobrze.

Mikołaj zadzwonił do dostawcy.

Dostawca był przekonany, że zamówienie dotyczyło dziewięciu metrów.

Mikołaj otworzył mail.

— Mam potwierdzenie na dziesięć.

Po drugiej stronie ktoś mówił długo.

— Nie, nie potrzebuję zwrotu różnicy. Potrzebuję brakującego metra… Tak, wiem, że nie wysyłacie odcinków poniżej pięciu metrów… Nie, pięć metrów też możemy przyjąć, jeśli będą z tej samej serii… Tak, jutro do południa.

Bartek pokazał mu dwa palce.

Mikołaj zasłonił mikrofon.

— Co?

— Potrzebujemy minimum dwa, nie jeden. Na zakładkę.

Mikołaj wrócił do telefonu.

— Przepraszam. Minimum dwa metry. Jeśli macie pięć, przyślijcie pięć.

Alka stała przy ścianie i patrzyła na rozwiniętą rolkę.

— Czy możemy wykorzystać dziewięć i zostawić kawałek bez?

Bartek od razu:

— Nie przy kablach.

— Pytam.

— Wiem. Odpowiadam.

Mikołaj zakończył rozmowę.

— Jutro do jedenastej ma być pięć metrów.

Bartek spojrzał na rolkę.

— Jak nie będzie, mam plan B.

— Jaki?

— Bierzemy z magazynu naszą czarną. Nie pasuje kolorystycznie, ale zabezpiecza.

Iga westchnęła.

— Czarna przy szarej będzie wyglądać źle.

Bartek wzruszył ramionami.

— Będzie wyglądać bezpiecznie.

Iga patrzyła na wykładzinę chwilę.

— Plan B może być.

Bartek uniósł ręce.

— Drugi raz w tygodniu.

— Nie przyzwyczajaj się.

Mikołaj dopisał plan B.

Nikt nie świętował, że tym razem problem rozwiązał się w trzy minuty.

Było ich jeszcze dziesięć.

***

Po południu Zośka dostała telefon ze szkoły letniej Tymka.

Wyszła na korytarz, ale drzwi do sali zostały uchylone i przez pierwsze kilkanaście sekund było słychać tylko jej krótkie odpowiedzi.

— Tak… Nie, nie mówił rano… Rozumiem… Dobrze, odbiorę go.

Wróciła po dwóch minutach.

Mikołaj od razu spojrzał na zegar.

— Jedź.

Zośka wzięła torbę.

— Ma ból głowy. Nie wiem, czy coś z tego będzie, pewnie po prostu niewyspany, ale szkoła chce, żeby ktoś go zabrał.

— Jedź — powtórzył Mikołaj.

— Mam transport do zamknięcia.

— Zrobię.

— Nie znasz ostatniej wersji.

— To mi powiesz w dwóch zdaniach.

Zośka otworzyła laptop.

— Dwa numery kontaktowe, ale jeden główny. Kierowca dzwoni do głównego. Jeśli nikt nie odbiera, po pięciu minutach do drugiego. Jeśli odwołanie przychodzi po wyjeździe, dyspozytor decyduje, czy kierowca zawraca czy jedzie dalej według trasy. Uczestnik nie musi podawać powodu.

Mikołaj zapisał.

— Jeszcze?

Zośka zawahała się.

— W komunikacie jest „jeśli nie możesz przyjechać, napisz lub zadzwoń”. Nie „jeśli rezygnujesz”.

— Dobrze.

— I…

Zatrzymała się.

— Co?

Zośka spojrzała na własne notatki.

— Nic. To już wystarczy.

Mikołaj zauważył, że coś skreśliła.

— Na pewno?

— Tak. To była rzecz z Tymka, nie z konsultacji.

Schowała kartkę.

Alka podeszła z kurtką Zośki, którą ta zostawiła na oparciu.

— Masz.

— Dzięki.

— Napisz, czy wszystko okej.

Zośka skinęła głową.

Wyszła.

Po jej wyjściu praca na moment zwolniła. Franek pierwszy wrócił do kartki, zanim cisza zdążyła zamienić się w rozmowę o czymś, na co i tak nie mieli wpływu.

— Kto teraz potwierdza transport?

Mikołaj wskazał siebie.

— Ja.

— A ja mam coś zrobić z listą numerów?

— Sprawdź, czy przy każdym jest oznaczony główny i zapasowy. Bez kopiowania numerów do nowego pliku. Pracuj na tej samej liście.

— Dobrze.

Mikołaj odezwał się jeszcze raz:

— I jeśli czegoś nie rozumiesz, pytaj od razu. Nie czekaj, aż ja skończę pięć innych rzeczy.

Franek spojrzał na niego.

— Wczoraj właśnie czekałem, bo mówiłeś, że skończysz rozmowę.

Mikołaj otworzył usta.

— Racja.

— To teraz mam przerywać?

Mikołaj zastanowił się.

— Jeśli zadanie jest zablokowane — tak. Jeśli może poczekać, zapisz i wróć.

Franek przyjął to.

— To jest jasne.

Mikołaj skinął głową.

Alka, która stała obok, powiedziała cicho:

— Zaczynasz mówić całymi instrukcjami zamiast „później”.

— To źle?

— Nie. Nie przyzwyczajaj się do komplementu.

Mikołaj wrócił do maila.

Pod koniec dnia Mikołaj sprawdził potwierdzenie transportu trzeci raz. Alka zauważyła, ale nic nie powiedziała.

Pięć minut później wrócił do listy medycznej. Iga również to zauważyła.

Po kolejnych kilku minutach ponownie otworzył wiadomość od firmy od wykładziny.

Bartek zobaczył.

— Mikołaj.

Mikołaj nie podniósł głowy.

— Tak?

— Wysłałeś im potwierdzenie.

— Sprawdzam godzinę.

— Jedenasta.

— Chcę zobaczyć, czy napisali „do jedenastej” czy „około jedenastej”.

Bartek podszedł bliżej.

— „Do jedenastej”.

— Wiem.

— To zamknij.

Mikołaj spojrzał na niego.

Bartek wzruszył ramionami.

— Możesz sprawdzić czwarty raz. Tylko nic się nie zmieni.

Mikołaj patrzył na ekran chwilę.

Zamknął mail.

— Dobrze.

— Nie mówię, że masz nie kontrolować.

Mikołaj zacisnął palce na telefonie.

Bartek usiadł na krześle obok.

— Mówię, że od dwóch dni patrzysz na te same rzeczy, jakby miały się zepsuć od niepatrzenia.

Mikołaj przesunął długopis między palcami.

— Mogą.

— Nie mail.

— Transport może.

— Może. Ale jeśli kierowca zachoruje, nie wyleczysz go otwieraniem potwierdzenia.

Alka stała przy pudle z materiałami i słuchała bez odwracania głowy.

Mikołaj powiedział:

— Nie lubię mieć tylu rzeczy zależnych od ludzi, których nie znam.

Bartek prychnął.

— Eventy to głównie rzeczy zależne od ludzi, których nie znasz.

— I robisz je od lat.

— Ten jest inny.

— Bo?

Mikołaj odpowiedział dopiero po chwili.

— Bo jeśli coś zawalimy, koszt nie będzie tylko taki, że klient zobaczy krzywy baner.

Bartek nie żartował.

— Tak.

— I nie chcę, żeby ktoś nie mógł wejść, odpocząć albo dostać pomocy dlatego, że ja nie dopilnowałem jednego maila.

Bartek oparł przedramiona o kolana.

— Nie dopilnujesz wszystkiego.

Mikołaj od razu się spiął.

Bartek uniósł rękę.

— Nie mówię „odpuść”. Mówię, że nas tu jest sześć osób, Marta, Nina, techniczni, medyczni i cała reszta. Jak będziesz próbował być każdym z nich, to wyślesz formularz FINAL_4 jeszcze trzy razy.

— To miało boleć?

— Trochę.

— Udało się.

— Dobrze.

Mikołaj prawie się uśmiechnął.

— Jesteś fatalny w pocieszaniu.

— Nie pocieszam. Daję ci przyczynę, żebyś przestał otwierać mail.

— Zadziałało.

Bartek wstał.

— Świetnie. To teraz pomóż mi z listwą, bo mam dwa różne opisy gniazda i jeden jest twój.

— Który?

— Właśnie dlatego potrzebuję ciebie.

Mikołaj wstał.

Mail pozostał zamknięty.

***

W piątek przed ósmą w budynku było już za dużo ludzi, żeby ktokolwiek miał wrażenie, że przestrzeń należy do nich.

Wolontariusze przyszli wcześniej.

Nie wszyscy.

Czworo było przed czasem, troje dokładnie o ósmej, dwoje napisało, że autobus stoi, a jedna osoba zadzwoniła, żeby powiedzieć, że pomyliła wejścia i jest po drugiej stronie budynku.

Mikołaj odebrał ten telefon, stojąc przy właściwych drzwiach.

— Proszę zostać tam, gdzie pani jest. Wyślę kogoś albo… chwila. Widzi pani parking z czerwonym szlabanem?

— Widzę niebieski.

Mikołaj spojrzał na Bartka.

— Mamy niebieski szlaban?

Bartek zmarszczył brwi.

— Z tyłu jest niebieski.

— Dobrze. Proszę iść wzdłuż budynku w lewo, ale nie przez rampę techniczną. Po około trzydziestu metrach będzie narożnik i główne wejście.

Kobieta odpowiedziała coś.

— Tak, mogę zostać na linii.

Iga stała obok z plikiem kart i słuchała.

Kiedy Mikołaj się rozłączył, powiedziała:

— W mailu mamy tylko zdjęcie głównego wejścia.

— Tak.

— Jeśli ktoś wysiada z tyłu, może trafić do technicznego.

— Nie dokładamy nowego materiału godzinę przed szkoleniem.

— Nie proponowałam.

— Dobrze.

— Proponuję powiedzieć ochronie, żeby kierowała ludzi.

Mikołaj otworzył oczy.

— Tak. To robimy.

Iga uśmiechnęła się lekko.

— Prawie.

— Co prawie?

— Prawie zrobiłeś zdjęcie tylnego wejścia.

— Nie zrobiłem.

— Właśnie.

Alka podeszła z listą wolontariuszy.

— Brakuje jeszcze dwójki. Jedna napisała, że będzie dziesięć minut. Drugi nie odpisał.

— Zadzwoń.

Alka uniosła brew.

Mikołaj poprawił się:

— Możesz zadzwonić?

— Mogę.

— Dziękuję.

— Proszę. Wychowanie działa.

— Nie przesadzaj.

— Już dzwonię.

Wolontariusz odebrał zaspany.

Alka wyszła na bok.

Po minucie wróciła.

— Myślał, że szkolenie jest o dziewiątej.

Mikołaj od razu:

— W mailu jest ósma.

— Powiedziałam mu. Przyjedzie na dziewiątą piętnaście.

— To przegapi część o wejściu.

— Nadrobimy indywidualnie.

— Kto?

Alka zastanowiła się.

— Ja mogę.

Mikołaj już chciał coś powiedzieć.

Zatrzymał się.

— Dobrze. Zapisz, żebyśmy nie zapomnieli.

— Zapisuję.

Alka dopisała nazwisko.

— I nie potrzebuję przypomnienia.

Mikołaj spojrzał na nią.

— Nie powiedziałem.

— Ale twarz miała przygotowanie.

Iga parsknęła.

Mikołaj odwrócił się do sali.

— Zaczynamy za pięć minut.

Franek, który układał karty szkoleniowe, spojrzał na zegar.

— Cztery.

Mikołaj pokiwał głową.

— Cztery.

***

Szkolenie ruszyło kilka minut po ósmej, opóźnione przez kubek kawy rozlany na stole z materiałami. Pierwsze minuty zeszły na ratowaniu kart scenariuszy przed brązową kałużą.

Bartek podniósł mokry plik za róg.

— To już jest test sytuacji awaryjnej.

Młody chłopak w zielonej bluzie wyglądał, jakby chciał zniknąć.

— Przepraszam. Naprawdę przepraszam.

— Nic się nie stało — powiedziała Alka.

Iga spojrzała na cztery karty z mokrym rogiem.

Alka zerknęła na nią.

Iga wzięła oddech.

— Da się wysuszyć.

Chłopak od razu:

— Mogę wydrukować nowe.

— Nie trzeba. Te są do ćwiczeń.

Bartek położył papier na parapecie.

— Patrzcie. Jeszcze nie zaczęliśmy, a już wydarzenie uczy nas pokory.

— Nie rób przemowy z kawy.

— Nie robię. Kawa robi sama.

Nina stanęła przy środku sali i nie próbowała przywracać uroczystego początku.

— Dobrze. Skoro już wiemy, gdzie są ręczniki papierowe, zaczniemy od tego, co będzie wam potrzebne najczęściej. Nie musicie pamiętać wszystkiego z dzisiejszego spotkania. Musicie wiedzieć, kiedy zapytać i kogo.

Jedna z wolontariuszek podniosła rękę.

— A będzie jakaś ściąga?

Mikołaj otworzył usta.

Alka odpowiedziała pierwsza:

— Będzie. Krótka przy stanowisku i dłuższa w pakiecie. Numery kontaktowe też.

Alka uniosła brew.

Nie skomentował.

Nina zaczęła od wejścia.

Przez pierwsze dziesięć minut wszystko szło zbyt dobrze.

Wolontariusze odpowiadali, że pytają osobę, której dotyczy sytuacja. Że nie zakładają identyfikatora bez pytania. Że nie ciągną wózka. Że nie biorą rzeczy z ręki, jeśli ktoś nie prosi. Że nie mówią „spokojnie”, jeśli człowiek jest zdenerwowany.

Bartek patrzył na Mikołaja.

— Podejrzane.

Mikołaj szepnął:

— Poczekaj.

Poczekali.

Przy pierwszej scence wolontariuszka grająca osobę z wejścia zapytała Franka, który wcielał się w uczestnika:

— Jakie masz potrzeby specjalne?

Nina zatrzymała natychmiast.

Dziewczyna spłonęła rumieńcem.

— Ojej. Źle?

— Pytanie jest za szerokie i ustawia rozmowę wokół etykiety — powiedziała Nina. — Co naprawdę chcesz wiedzieć w tej sytuacji?

Wolontariuszka spojrzała na kartę.

— Czy potrzebuje pomocy przy wejściu.

— To zapytaj o wejście.

Powtórzyła:

— Potrzebujesz pomocy, żeby wejść albo znaleźć salę?

Franek przeczytał swoją odpowiedź.

— Nie.

Wolontariuszka czekała.

Franek też.

— To… dobrze.

Nina nie zatrzymała.

Franek ruszył dalej.

Dziewczyna odetchnęła.

Alka powiedziała cicho do Igi:

— Właśnie przeżyła pięć sekund, które będzie pamiętać do emerytury.

Iga odpowiedziała:

— I dobrze. Lepiej tutaj.

W drugiej scence inny wolontariusz zwrócił się do Zośki zamiast do Franka, bo Zośka grała osobę bliską stojącą obok.

— To może pani powie, czy on woli smycz czy klips?

Franek spojrzał na niego.

Zośka nie odpowiedziała.

Wolontariusz czekał.

— Pytanie jest do mnie — powiedział Franek.

Chłopak zmieszał się.

— Tak. Przepraszam. Ty wolisz smycz czy klips?

— Nic.

— Okej.

Po scence powiedział sam:

— Automatycznie zapytałem dorosłego.

Zośka skinęła głową.

— Tak.

— Nawet nie dlatego, że chciałem go pominąć.

— Najczęściej właśnie tak to wygląda.

Chłopak podrapał się po karku.

— Dobra. Będę pilnował.

Zośka odpowiedziała:

— Nie musisz pilnować, żeby nigdy nie popełnić tego błędu. Jak zauważysz, wróć do osoby.

Mikołaj zapisał to w notatkach.

Po chwili Zośka dodała:

— Ja też czasem łapię się na tym w domu.

Nie powiedziała z kim.

Nie było potrzeby.

W trzeciej scence wolontariuszka próbowała pomóc Bartkowi, który grał uczestnika na wózku. Mieli prawdziwy pusty wózek do ćwiczeń, ale Bartek nie usiadł w nim. Oparł tylko dłonie o uchwyty i prowadził go przed sobą, bo Nina nie chciała robić z symulacji udawania niepełnosprawności.

Przy wąskim przejściu dziewczyna złapała za uchwyt.

Bartek zatrzymał się.

— Nie.

Powiedział to tak ostro, że wolontariuszka cofnęła ręce.

Nina nie przerwała od razu.

— Co teraz? — zapytała dziewczynę.

— Przeprosić?

— Jeśli chcesz.

— Przepraszam. Odruchowo.

Bartek nadal trzymał wózek.

— Dobra.

— Mogę zapytać, czy potrzebujesz pomocy?

— Możesz.

— Potrzebujesz?

— Nie.

— Okej.

Poszli dalej.

Po scence Bartek powiedział:

— Ja też odpowiedziałem za ostro.

Wolontariuszka wzruszyła ramionami.

— Złapałam bez pytania.

— Nadal.

Nina spojrzała na oboje.

— I to jest ważne. Uczestnik nie ma obowiązku odpowiadać pedagogicznie, bo wy popełniliście błąd. Jeśli ktoś powie „nie” ostro, nie robimy z tonu osobnego problemu.

Alka spojrzała na Bartka.

— Czuję, że dostałeś zawodowe rozgrzeszenie.

Bartek odpowiedział:

— Nareszcie.

Mikołaj pokręcił głową.

W czwartej scence pojawiły się dane zdrowotne.

Wolontariusz miał odegrać osobę przy punkcie informacji. Iga uczestniczkę, która chciała zapytać o przechowanie leku.

— Muszę powiedzieć, jaki to lek? — zapytała Iga.

Wolontariusz zawahał się.

— Chyba tak, bo musimy wiedzieć.

Franek siedział dwa krzesła dalej.

Jego długopis zatrzymał się nad kartką.

Nina zapytała:

— Kto „my”?

Wolontariusz spojrzał na nią.

— Organizatorzy.

— Czy ty będziesz mieć dostęp do formularza zdrowotnego?

— Nie.

— To co naprawdę musisz wiedzieć?

Chłopak pomyślał.

— Dokąd ją skierować.

— Właśnie.

Powtórzyli.

Iga: 

— Muszę powiedzieć, jaki to lek?

Wolontariusz: 

— Nie mnie. Jeśli chcesz go przechować albo może być potrzebny podczas wydarzenia, zaprowadzę cię do osoby medycznej. Możesz najpierw zapytać, jakie informacje są potrzebne.

Franek zaczął znowu pisać.

Mikołaj zauważył.

Nie pytał, co zapisuje.

W połowie szkolenia przyszedł spóźniony wolontariusz.

Alka przejęła go przy wejściu i przez następne dwadzieścia minut siedziała z nim w małej salce, przechodząc skróconą wersję rzeczy, które przegapił. Kiedy wrócili, chłopak wyglądał na skupionego, Alka na trochę mniej.

Mikołaj podszedł do niej podczas przerwy.

— Jak poszło?

— Dobrze. Ale powiedziałam mu za dużo przy identyfikatorach.

— Co znaczy za dużo?

— Zaczęłam tłumaczyć, dlaczego mamy trzy opcje, zamiast po prostu powiedzieć, że mamy trzy opcje.

— Zauważył?

— Powiedział „okej” po trzecim zdaniu i przestał patrzeć na kartę.

Mikołaj prawie się uśmiechnął.

— Czyli własna konsultacja.

— Tak. Bardzo rozwijające i upokarzające.

— To dobrze.

Alka spojrzała na niego.

— Co dokładnie jest dobrze?

Mikołaj zastanowił się.

— Że zauważyłaś.

— Przyjmuję.

— I że nadrobił.

— Też.

Przerwa skończyła się bez gongu. Nina po prostu zaczęła kolejną część, kiedy większość ludzi wróciła na miejsca.

Jedna wolontariuszka nadal była w toalecie. Nikt nie czekał specjalnie. Kiedy wróciła, usiadła i dostała kartę od osoby obok.

Pod koniec szkolenia Nina powiedziała:

— Nie będziecie jutro oceniani z tego, czy pamiętacie każde zdanie. Jeśli nie wiecie, pytacie osobę funkcyjną. Jeśli instrukcja jest sprzeczna, zatrzymujecie się. Jeśli uczestnik mówi „nie”, nie próbujecie wyciągnąć z niego „tak” lepszym tonem.

Wolontariusz w zielonej bluzie, ten od kawy, podniósł rękę.

— A jak uczestnik prosi o coś, czego nie możemy zrobić?

Mikołaj odpowiedział:

— Nie obiecujecie. Mówicie, co możecie sprawdzić i wracacie z odpowiedzią. Jeśli to sprawa bezpieczeństwa albo dostępu, dzwonicie do mnie, Marty albo osoby technicznej, zależnie od problemu.

— A jak nie wiem, do kogo?

— Do punktu informacji. Tam będzie lista.

— I jak pan nie odbierze?

Bartek spojrzał na niego z boku.

— To dzwonisz do drugiej osoby na liście — odpowiedział Mikołaj. — Nie jestem jedynym numerem.

Bartek nic nie powiedział.

Po szkoleniu okazało się, że mała salka naprawdę działa tylko wtedy, kiedy ludzie wiedzą, że nie jest schowkiem.

Wolontariusze w przerwie odłożyli tam trzy plecaki, dwie kurtki i karton pustych kubków.

Zośka weszła pierwsza i zatrzymała się przy drzwiach.

— No dobrze.

Bartek zajrzał jej przez ramię.

— Kto to zrobił?

— Nie ma znaczenia.

— Ma, jeśli mamy im powiedzieć.

— Powiemy wszystkim.

Iga zdjęła jedną kurtkę z oparcia krzesła.

— Musimy oznaczyć, że to nie jest miejsce na rzeczy obsługi.

— To jest jedna z tych zmian, które dokładamy bez powodu czy z powodem?

Iga pokazała plecaki.

— Z powodem.

Mikołaj wszedł do środka.

— Jedna mała kartka przy wejściu technicznym dla zespołu. Nie dla uczestników.

— „Nie zostawiaj rzeczy” — powiedział Franek.

— Wystarczy — odpowiedziała Zośka.

Iga już otwierała laptop.

Bartek wskazał ją.

— Jedna kartka.

— Jedna.

— Bez ikony plecaka.

Iga spojrzała na niego.

— Nawet o niej nie pomyślałam.

— Kłamiesz.

— Trochę.

Alka zabrała plecaki na korytarz.

— Mamy miejsce dla rzeczy zespołu?

Wszyscy spojrzeli na niego.

— Mamy szatnię techniczną — powiedział po chwili.

Bartek pokręcił głową.

— Tam będą kurtki podwykonawców i skrzynki.

— Mały magazyn przy kuchni?

— Catering.

Iga zamknęła laptop.

— Czyli nie mamy.

Mikołaj otworzył plan budynku.

Alka położyła rękę na ekranie.

— Nie rób nowego pomieszczenia.

— Musimy gdzieś trzymać rzeczy.

— Tak. Ale nie projektuj teraz siódmej strefy. Może po prostu jeden zamykany rząd szafek w korytarzu pracowniczym?

Bartek powiedział:

— Są szafki przy zapleczu kuchni. Puste, widziałem w poniedziałek.

Mikołaj spojrzał na niego.

— Czemu nic nie mówiłeś?

— Bo nie potrzebowaliśmy szafek.

— Teraz potrzebujemy.

— Właśnie powiedziałem.

Mikołaj zamknął plan.

— Dobra. Sprawdźmy z administracją, czy możemy użyć.

Alka zdjęła dłoń z laptopa.

— Patrz. Bez rzutu, bez tabeli, bez kryzysu.

— Jeszcze nie wiemy, czy możemy użyć.

— Nie niszcz chwili.

Przed południem wykładzina nadal nie przyjechała.

Bartek stał przy wejściu z telefonem w dłoni.

— Mieli być do jedenastej.

— Dwadzieścia trzy minuty.

— Wiem, ile jest.

— Dzwoniłeś?

— O jedenastej pięć. Kierowca był osiem kilometrów stąd.

— To może być korek.

— Może.

Bartek otworzył mapę.

— Jest korek.

— To poczekajmy.

Bartek popatrzył na niego.

— Ty mówisz „poczekajmy”?

— Tak.

— Bez drugiego telefonu?

— Tak.

— Dobrze się czujesz?

Mikołaj odwrócił się.

— Idę sprawdzić szafki.

Bartek uśmiechnął się do telefonu.

Wykładzina przyjechała o jedenastej trzydzieści osiem.

Pięć metrów. Ta sama seria. Właściwy kolor.

Kierowca przeprosił za korek, Bartek podpisał odbiór i przez dwie minuty nikt nie miał nic do powiedzenia.

— To wszystko? — zapytała Alka.

— Co wszystko?

— Przyjechało dobre.

Bartek spojrzał na rolkę.

— Tak.

— Bez zwrotu, korekty, złego numeru, brakującego koloru?

— Tak.

Alka pokiwała głową.

— Podejrzane.

***

Pierwsza prawdziwa awaria przyszła po trzynastej.

Nie była duża.

Tylko głośna.

Bartek podłączył dwie listwy zasilające do punktu przy ścianie, techniczny włączył oświetlenie stanowiska, a po chwili w połowie sali zgasły trzy lampy i projektor.

Ktoś na zapleczu powiedział coś bardzo wyraźnie, choć drzwi były zamknięte.

Mikołaj od razu wstał.

— Co poszło?

Bartek już był przy rozdzielni, ale nie otwierał jej. Czekał na pana Mirka.

— Nie wiem. Nasza listwa nie wybiła.

Iga spojrzała na ciemną część sali.

— Projektor też jest na tym obwodzie?

— Nie powinien.

— Ale jest ciemny.

Alka siedziała przy stoliku z pakietami.

— Czy „nie powinien” jest dzisiaj słowem dnia?

Nikt nie odpowiedział.

Pan Mirek przyszedł po minucie z kluczem do rozdzielni.

— Kto włączył czajnik na zapleczu?

Cisza.

Bartek odwrócił głowę.

— Jaki czajnik?

— Catering ma czajnik przemysłowy. Ktoś go właśnie odpalił na tym samym obwodzie, co połowa sali.

Mikołaj zmarszczył brwi.

— Mieli mieć osobny.

— Mieli. Tylko podłączyli do bliższego gniazda.

Bartek wypuścił powietrze nosem.

— Świetnie.

Mikołaj ruszył w stronę zaplecza.

Bartek złapał go za rękaw.

— Nie idź tam teraz wkurzony.

Mikołaj spojrzał na jego dłoń.

Bartek puścił od razu.

— Przepraszam. Ale serio.

Mikołaj zatrzymał się.

— Nie jestem wkurzony.

Alka odezwała się z drugiego końca sali:

— Jesteś.

Iga dodała:

— Bardzo.

Mikołaj popatrzył na nich wszystkich.

— Dobrze. Jestem. To co mam zrobić?

Bartek wskazał pana Mirka.

— Najpierw ustalamy obwód. Potem mówimy cateringowi, gdzie może się wpiąć. Nie potrzebujemy winnego, tylko prądu.

Mikołaj zacisnął usta.

— Dobra.

Pan Mirek włączył zabezpieczenie. Lampy wróciły.

Bartek z technicznym przeszli do gniazd. Okazało się, że oznaczenia na planie instalacji były aktualne, ale catering użył przedłużacza z sąsiedniego punktu, bo ich kabel był za krótki.

— Potrzebują trzy metry więcej — powiedział Bartek.

Mikołaj spojrzał na przedstawicielkę cateringu, kobietę około pięćdziesiątki w czarnej koszulce, która stała przy drzwiach z wyraźnie defensywną miną.

— Macie dłuższy przewód?

— W samochodzie. Tylko nikt nam nie powiedział, że ten obwód jest wspólny.

Mikołaj już chciał odpowiedzieć.

Zatrzymał się.

— My też założyliśmy, że korzystacie z punktu zaznaczonego w planie. Nie sprawdziliśmy, czy kabel sięga.

Kobieta rozluźniła ramiona minimalnie.

— Przyniosę dłuższy.

— Dziękuję.

Bartek spojrzał na Mikołaja.

Ten nie odwzajemnił spojrzenia.

Dopiero kiedy kobieta wyszła, powiedział cicho:

— Ani słowa.

Bartek uniósł ręce.

— Nic.

— Masz twarz.

— Prywatny kanał komunikacji.

Alka roześmiała się głośniej, niż planowała. Bartek też parsknął i przez chwilę nikt nie wracał do awarii.

Kiedy temat awarii został zamknięty, Mikołaj oddał Bartkowi całą część techniczną na dwie godziny.

Nie „sprawdź i wróć”.

Nie „wyślij mi przed decyzją”.

Powiedział:

— Zasilanie, trasy techniczne, mata i montaż plansz są twoje. Jeśli coś wpływa na dostęp uczestników albo zmienia uzgodniony układ, wołasz mnie. Resztę zamykasz sam z Mirkiem.

Bartek patrzył na niego chwilę.

— Naprawdę?

— Tak.

— A jak źle wybiorę przedłużacz?

— To będziesz żył z konsekwencjami przedłużacza.

— Brzmi poważnie.

— Bartek.

— Dobra. Biorę.

Mikołaj odwrócił się do Igi.

— Komunikacja i oznaczenia są twoje. Nie pokazuj mi każdej korekty. Tylko rzeczy, które zmieniają sens albo procedurę.

Iga zmarszczyła brwi.

— A wysokości plansz?

— Twoje z Bartkiem.

— I jeśli się nie zgodzimy?

— Dogadajcie się.

Bartek zawołał z drugiego końca sali:

— To było nieodpowiedzialne!

Iga odpowiedziała:

— Zamknij się!

Mikołaj spojrzał na Alkę.

— Informacja przed wydarzeniem, szkolenie obsługi wejścia i teksty przy punktach są twoje z Frankiem. Jeżeli prawnik albo Nina zmienia zakres, wracacie do mnie.

Alka uniosła rękę.

— A jeśli mam ochotę pokazać ci przecinek?

— Powstrzymaj się.

— To może być trudne.

— Wierzę w ciebie.

— Nie przesadzaj z delegowaniem.

Franek podszedł z notesem.

— Co dokładnie jest moje?

Mikołaj odpowiedział powoli:

— Sprawdzasz z Alką, czy komunikaty są jasne i zgodne z ustaleniami. Nie zatwierdzasz zmian proceduralnych. Jeśli tekst nie zgadza się z procedurą, zatrzymujesz i pytasz.

Franek zapisał.

— Dobrze.

Mikołaj spojrzał na Zośkę, której nadal nie było.

Jej rzeczy leżały w biurze, ale od czwartku pracowała częściowo z domu. Tymek po odebraniu ze szkoły czuł się lepiej, jednak Zośka nie chciała zostawiać go samego na cały piątek. Miała przyjechać po czternastej, kiedy jego ojciec wróci z pracy.

— Transport i rodzice zostają Zośki — powiedział bardziej do siebie. — Jak przyjedzie, przejmie. Do tego czasu ja.

— Czyli nadal masz coś.

— Mam koordynację.

— To brzmi jak dużo.

— Jest.

— Tylko sprawdzam, czy delegowanie nie było pięciominutową fazą.

Mikołaj nie odpowiedział od razu.

— Też sprawdzam.

Delegowanie działało przez trzydzieści siedem minut.

Potem Mikołaj podszedł do Igi i zapytał, dlaczego zmieniła wielkość czcionki na tablicy przy wejściu.

— Miałeś nie sprawdzać każdej korekty.

— Nie sprawdzam każdej. Zauważyłem.

— Zwiększyłam o dwa punkty, bo z dalszej odległości było lepiej.

— Czy zmieścił się cały tekst?

— Tak.

— Dobrze.

Mikołaj odszedł.

Iga poczekała pięć sekund.

— Mikołaj.

Odwrócił się.

— To właśnie było sprawdzanie.

— Zadałem jedno pytanie.

— Trzy.

— Jedno miało dwie części.

— Idź koordynować dalej.

Mikołaj otworzył usta.

Zamknął.

Poszedł.

Bartek stał przy ścianie z wiertarką i patrzył na niego z daleka.

Mikołaj pokazał mu palcem, żeby nic nie mówił.

Bartek odwrócił się do ściany.

Ramiona mu drżały od tłumionego śmiechu.

Zośka przyjechała o czternastej trzydzieści jeden z włosami związanymi byle jak i paczką kruchych ciastek, których nikt nie zamawiał.

— Tymek kazał dać — powiedziała.

Alka od razu zajrzała do opakowania.

— Tymek wie, jak zarządzać zespołem.

— To były jego, ale powiedział, że nie chce, bo są z kawałkami czekolady, a miały być bez.

Alka cofnęła rękę.

— Czyli jesteśmy systemem utylizacji reklamacji.

— Mniej romantycznie, ale tak.

Zośka postawiła torbę przy szafkach, które administracja ostatecznie pozwoliła im wykorzystać.

— Co się stało?

Mikołaj podał jej listę transportu.

— Dwa potwierdzenia zmieniły godziny odbioru. Jedna osoba zrezygnowała z busa, przyjedzie sama. Dyspozytor ma aktualizację. Numer główny i zapasowy sprawdzone przez Franka.

Zośka czytała.

— Ta osoba z osiemnastej trzydzieści ma teraz siedemnastą czterdzieści pięć?

— Tak.

— To wchodzi w ten sam samochód co dwie wcześniejsze.

— Dyspozytor mówił, że tak.

Zośka otworzyła mapę trasy.

— Nie, jeśli pierwsza osoba wyjdzie później. Mamy tylko dwadzieścia minut zapasu.

Mikołaj spojrzał.

— Powiedział, że przełoży kolejność.

— Gdzie?

— Przez telefon.

— Masz nową kolejność na piśmie?

Mikołaj zawahał się.

— Nie.

Zośka wzięła telefon.

— Zadzwonię.

Mikołaj odruchowo:

— Już dzwoniłem.

— Wierzę. Ja chcę dostać aktualną trasę, nie sprawdzić, czy rozmawiałeś.

Alka siedziała dwa metry dalej i udawała, że nie słyszy.

Mikołaj oddał listę.

— Dobrze.

Zośka zadzwoniła.

Po pięciu minutach miała nowy plik. Dyspozytor rzeczywiście zmienił kolejność, ale nie wysłał aktualizacji, bo uznał, że „na razie jest robocza”. Zośka poprosiła o wersję potwierdzoną do osiemnastej.

Kiedy się rozłączyła, Mikołaj powiedział:

— Przegapiłem.

— Nie przegapiłeś. Miałeś informację ustną. Ja potrzebuję pisemnej, bo jutro nie będę pamiętać jego zdania słowo w słowo.

— Powinienem poprosić.

— Powinieneś. Ale świat się nie skończył.

Mikołaj pokiwał głową.

Zośka schowała telefon.

— I nie sprawdzaj teraz maila co trzy minuty. Powiedziałam do osiemnastej.

— Bartek wam powiedział?

— Co?

— Nic.

Zośka uśmiechnęła się.

— Nie musiał.

Po piętnastej sala zaczęła wyglądać prawie dobrze.

Bartek zatrzymał się w drzwiach, obejrzał ją od wejścia do zaplecza i powiedział:

— Podejrzane.

Baner wisiał. Plansze stały. Kable były przykryte wykładziną. Punkt informacji miał dwa poziomy materiałów: szybkie rzeczy na blacie i rozwinięte w stojaku obok. Smycze, klipsy i puste karty leżały w trzech osobnych pojemnikach zamiast w jednej splątanej masie. Przy miejscu na przerwę wisiała niewielka zawieszka. Z jednej strony: ZAPUKAJ. Z drugiej: WEJDŹ, JEŚLI CIĘ ZAPROSZONO.

Nina zaakceptowała tekst rano z jednym komentarzem: „nieidealne, ale wystarczająco jasne”.

Iga nadal nie lubiła drugiej strony.

— „Jeśli cię zaproszono” brzmi jak przyjęcie urodzinowe.

Alka stała obok.

— „Wejście po uzgodnieniu” brzmiało jak administracja wspólnoty.

— „Możesz wejść, jeśli osoba w środku chce” było za długie.

— Niestety.

— „Wejdź za zgodą” brzmiało jak formularz medyczny.

— Też wiem.

Alka spojrzała na nią.

— To może po prostu zaakceptujmy, że język polski nie został zaprojektowany pod drzwi.

Iga patrzyła na zawieszkę.

— Zostawiam.

— Dziękuję w imieniu języka.

— Nie dziękuj.

Bartek przeszedł trasę od wejścia do sali z pustym wózkiem, tym razem nie jako symulacja uczestnika, tylko żeby zobaczyć, czy po montażu nie pojawiło się coś nowego. Przy drugim zakręcie zatrzymał się.

Kosz na śmieci stał dokładnie tam, gdzie nie powinien.

— Kto postawił kosz?

Alka odwróciła się.

— Nie wiem.

— Był przy ścianie.

Franek spojrzał na zdjęcie z konsultacji.

— Wtedy Olaf powiedział, że można go wyrzucić.

— Nadal pamiętasz?

— Mam zapisane.

— Oczywiście.

Mikołaj podszedł.

— Co jest?

Bartek wskazał kosz.

— Wraca.

Mikołaj patrzył na niego przez sekundę.

— Kosz?

— Tak.

— Przenieś.

Bartek nie ruszył.

— Co?

— Mogę?

Mikołaj zrozumiał.

— Tak. Ten kosz możesz.

Bartek przesunął go pod ścianę.

— Potrzebowałem tego od dwóch tygodni.

Iga powiedziała:

— Nie przyzwyczajaj się.

— Dzisiaj wszyscy to mówią.

Franek zrobił zdjęcie nowego ustawienia.

Bartek spojrzał.

— Naprawdę dokumentujesz kosz?

— Był problemem dwa razy.

— Racja.

Alka stanęła przy nim.

— Myślisz, że jutro wróci?

Bartek spojrzał na kosz.

— Wierzę w niego.

Mikołaj odszedł bez komentarza.

Niecałą godzinę później ktoś powiedział, że są prawie gotowi.

Nikt później nie potrafił ustalić kto.

Przez następne czterdzieści minut znaleźli brakującą ładowarkę do służbowego telefonu, dwie plansze z różnymi numerami kontaktowymi, paczkę klipsów schowaną w złym pudełku, przewód biegnący trzy centymetry poza matą i jedną kartę szkoleniową wolontariuszy pozostawioną w miejscu na przerwę.

Ta ostatnia miała na górze napis: „UCZESTNIK ODMAWIA POMOCY I REAGUJE OPRYSKLIWIE”.

Alka wzięła kartkę do ręki.

— Wyobrażacie sobie, że ktoś jutro przychodzi odpocząć i znajduje to na krześle?

Bartek spojrzał.

— Bardzo wspierające.

Iga zabrała kartę.

— Wszystkie materiały szkoleniowe do szafki. Teraz.

Wolontariusze już wyszli. Zespół został z montażystami, technicznymi i cateringiem, który właśnie wnosił pierwsze skrzynki z suchymi produktami.

Mikołaj stał na środku sali i po raz pierwszy od rana nie trzymał niczego w rękach.

Alka zauważyła.

— Zgubiłeś telefon?

Mikołaj odruchowo sięgnął do kieszeni.

Telefon był.

Alka zaczęła się śmiać.

— Przepraszam. To było okrutne.

Mikołaj wyjął urządzenie.

— Nie jest śmieszne.

— Trochę jest.

— Przez sekundę naprawdę myślałem, że nie mam.

— Wiem. Dlatego przeprosiłam.

Mikołaj schował telefon głębiej.

— Nie rób tego więcej.

— Postaram się.

— To nie brzmi jak obietnica.

— Bo nią nie jest.

Iga przechodziła obok z pudłem.

— Telefon ma w kieszeni — powiedziała do Bartka.

Bartek zawołał:

— Dobrze!

Mikołaj zamknął oczy.

— Nienawidzę was.

Alka uśmiechnęła się.

— To bardzo integruje zespół.

***

Pod koniec popołudnia Mikołaj zarządził ostatnie przejście.

Nie nazwał go ostatnim.

Powiedział tylko:

— Przechodzimy wejście, informację, salę, przerwę i wyjście. Jedna osoba idzie, reszta patrzy tylko na rzeczy, które mogą zatrzymać albo realnie utrudnić udział. Nie poprawiamy estetyki. Nie robimy nowych wersji tekstu, chyba że coś jest nieprawdziwe. Nie zmieniamy układu dlatego, że „może byłoby lepiej”.

Iga uniosła rękę.

— Co z błędem językowym?

— Jeśli zmienia sens — poprawiamy. Jeśli cię drażni — zapisujesz sobie na po wydarzeniu.

Iga opuściła rękę.

— Przyjęte.

Bartek od razu:

— Co z technicznym drobiazgiem?

— Jeśli może kogoś przewrócić, odciąć dostęp, wyłączyć sprzęt albo utrudnić ewakuację — robisz. Jeśli śrubka mogłaby być ładniejsza, żyjesz z nią.

Bartek spojrzał na swoją wiertarkę.

— To jest osobisty atak.

— Tak.

Alka stała przy wejściu z kartą uczestnika.

— Ja idę?

— Ty.

— Czemu ja?

— Bo już stoisz przy drzwiach.

— Bardzo zaawansowana metodologia.

Franek sprawdził notatnik.

— Mam zapisywać wszystko czy tylko zatrzymujące?

— Tylko zatrzymujące i pytania bez odpowiedzi. Resztę po wydarzeniu.

Franek skinął głową.

Zośka stała obok miejsca informacji. Tymek czuł się już normalnie, a jego ojciec został z nim w domu. Zośka przyjechała na ostatnie dwie godziny z wyraźnym poczuciem, że część dnia minęła bez niej, ale po pierwszych trzydziestu minutach przestała próbować nadrabiać każdą rozmowę.

— Zaczynaj — powiedziała do Alki.

Alka wyszła na korytarz.

Drzwi zamknęły się za nią.

Po chwili weszła ponownie.

Nie zagrała dziecka. Nie zmieniła głosu. Miała kartkę z opisem sytuacji: „przychodzisz pierwszy raz, jesteś dziesięć minut później, nie chcesz identyfikatora, szukasz aktywności, ale najpierw chcesz wiedzieć, gdzie możesz usiąść”.

Stanęła dwa kroki od wejścia.

Przed nią była tablica z fotografią drzwi, strzałką do informacji i krótkim komunikatem. Zobaczyła ją od razu.

— To jest już prawie podejrzane — powiedziała.

Mikołaj nie odpowiedział.

Alka podeszła do punktu informacji.

Franek usiadł za stołem.

— Dzień dobry.

— Cześć. Jestem spóźniona.

— Możesz wejść. Część aktywności już trwałaby od dziesięciu minut.

— Muszę się gdzieś zapisać?

Franek spojrzał na kartę wejścia.

— Jeśli jesteś na liście, możemy sprawdzić obecność. Nie musisz brać identyfikatora.

Alka od razu:

— A jak nie chcę, żebyś sprawdzał przy wszystkich?

Franek zatrzymał się.

Tego nie było w scenariuszu.

— Mogę…

Spojrzał na Mikołaja.

Mikołaj nie pomógł.

Franek pomyślał.

— Możemy odejść kawałek od stołu albo mogę zapytać tylko o imię bez mówienia niczego więcej.

Alka skinęła głową.

— Oki.

Mikołaj zapisał jedno słowo.

Franek zauważył.

— To problem?

— Nie. Dobre pytanie do instrukcji wejścia po wydarzeniu. Teraz idziemy dalej.

Alka wybrała brak identyfikatora. Nikt nie próbował jej namawiać.

— Gdzie mogę usiąść, zanim pójdę dalej?

Franek wskazał dwa miejsca.

— Tu przy informacji albo w miejscu na przerwę. Jeśli chcesz po prostu usiąść, są też krzesła przy ścianie w sali.

— To miejsce na przerwę jest tylko jak komuś jest za głośno?

Franek od razu:

— Nie. Można tam wejść z dowolnego powodu albo bez podawania powodu.

Zośka spojrzała na Mikołaja.

Mikołaj nic nie zapisał.

Alka poszła dalej.

Przy pierwszym zakręcie ominęła kosz bez problemu.

Bartek patrzył na niego z satysfakcją, która była zbyt duża jak na przedmiot gospodarczy.

Iga zauważyła.

— Nie przywiązuj się.

— To nasza wspólna historia.

— To kosz.

— Jedno nie wyklucza drugiego.

Alka przeszła do dużej sali.

Jedna z plansz stała minimalnie pod kątem. Iga zobaczyła.

Jej ręka drgnęła.

Nie ruszyła.

Alka zobaczyła to i uśmiechnęła się do niej.

Iga pokazała jej, żeby szła dalej.

Przy miejscu na przerwę Alka odwróciła zawieszkę na ZAPUKAJ i zamknęła drzwi.

Zośka podeszła po pół minuty.

Zapukała.

— Tak?

— To ja. Mogę wejść?

Alka spojrzała na zawieszkę od środka. Po tej stronie nie było niczego. Zawieszka wisiała na zewnętrznej klamce.

— Czekaj — powiedziała.

Otworzyła drzwi.

— Jak jestem w środku, nie widzę, którą stronę ustawiłam.

Iga podeszła.

— To ma znaczenie?

— Jeśli zapomnę, czy odwróciłam.

Bartek spojrzał na zawieszkę.

— Możemy zrobić identyczny mały napis po stronie wewnętrznej.

Mikołaj od razu powiedział:

— Nie.

Wszyscy spojrzeli na niego.

Bartek zmarszczył brwi.

— Dlaczego?

Mikołaj podszedł do drzwi.

— Bo to jest funkcja pomocnicza. Osoba w środku może otworzyć, jeśli ktoś zapuka, może nie otworzyć. Nie musi pamiętać, która strona wisi na zewnątrz. Dokładanie kolejnego oznaczenia nie rozwiązuje realnego problemu.

Alka opierała dłoń na klamce.

— Ale można by…

Nie ostro.

— Można by poprawiać to jeszcze tydzień.

Zapadła cisza.

Mikołaj spojrzał na zawieszkę, potem na drzwi.

— To jest wystarczająco dobre.

Bartek opuścił rękę.

Iga spojrzała na napis.

Zośka nie odezwała się.

Alka patrzyła na Mikołaja chwilę dłużej.

— Dobra — powiedziała.

I zamknęła drzwi jeszcze raz.

Nikt nie dopisał nowego oznaczenia.

Przeszli dalej.

Przy wyjściu znaleźli rzecz większą niż zawieszka.

Drzwi boczne, które miały służyć jako dodatkowa droga przy większym ruchu, nie otwierały się z pełnym kątem, bo pod ścianą stał karton z materiałami cateringowymi.

Bartek zobaczył pierwszy.

— To znika.

Nie pytał, czy może przesunąć karton. Nie ruszył go sam.

Znalazł osobę z cateringu.

— Czy możemy to przenieść? Blokuje pełne otwarcie drzwi.

Kobieta spojrzała.

— Jasne. To tylko kubki.

Przenieśli karton razem.

Drzwi otworzyły się do końca.

Franek zapisał.

— To było zatrzymujące — powiedział.

— Tak — odpowiedział Mikołaj.

Przeszli drugi raz tylko ten fragment.

Potem trzeci, bo przy pełnym otwarciu drzwi uchwyt zahaczał o stojak z ulotkami.

Stojak przesunęli.

Tym razem Mikołaj nie protestował.

— To jest właśnie realny powód — powiedział.

Bartek uśmiechnął się.

— Czuję, że mam licencję.

— Nie masz.

— Wiedziałem, że za pięknie.

Osiemnasta minęła bez zauważenia.

Kilka minut po osiemnastej Zośka powiedziała, że jedzie.

— Tymek czeka z kolacją i powiedział, że jak przyjadę po dziewiętnastej, to on zje beze mnie.

Alka spojrzała na zegar.

— To groźba?

— Informacja. I bardzo skuteczna.

Zośka założyła kurtkę.

Mikołaj podał jej aktualną listę transportu.

— Przyszła potwierdzona trasa.

Zośka sprawdziła godzinę w mailu.

— Siedemnasta pięćdziesiąt dziewięć.

— Nie otwierałem wcześniej.

— Widzę.

— Chciałem zaznaczyć.

— Doceniam rozwój samokontroli.

Mikołaj zrobił minę.

Zośka schowała dokument do torby.

— Jutro jestem o siódmej dwadzieścia. Jeśli coś zmieni się przedtem, piszcie na grupę, nie osobno do mnie, żebym nie miała dwóch wersji.

— Jasne — powiedziała Iga.

— I nie dzwońcie o szóstej, jeśli nie pali się budynek.

Bartek uniósł rękę.

— Co z częściowym dymem?

Zośka spojrzała na niego.

— Wtedy dzwoń do straży.

— Dobra procedura.

Pożegnała się i wyszła.

Franek zaczął pakować swoje rzeczy dziesięć minut później.

— Mam być jutro o siódmej trzydzieści czy dziesięć minut wcześniej?

Mikołaj odpowiedział:

— Siódma trzydzieści. Nie musisz być wcześniej.

— Zośka będzie wcześniej.

— Bo chce sprawdzić transport przed pierwszym odbiorem. Ty nie masz zadania przed siódmą trzydzieści.

— Dobrze.

— I nie przyjeżdżaj o siódmej, żeby mieć zapas.

Franek spojrzał na niego zaskoczony.

— Myślałem o siódmej piętnaście.

Mikołaj prawie się uśmiechnął.

— Siódma trzydzieści wystarczy..

— To jak autobus jest o siódmej dwanaście i następny o siódmej dwadzieścia siedem, ten drugi może być za późno.

— Weź pierwszy.

— Będę siódma dwadzieścia dwa.

— Dobrze.

— To osiem minut wcześniej.

— Przeżyję.

Franek założył plecak.

— Do jutra.

— Do jutra — odpowiedzieli prawie jednocześnie.

Przy drzwiach Franek zatrzymał się i wrócił dwa kroki.

— Mikołaj.

— Tak?

— Ta informacja o danych jest już w mailu dla uczestników?

— Tak. Poszła dzisiaj o czternastej. Role, kto ma dostęp, po co zbieramy i że można najpierw zapytać osobę medyczną.

Franek przez chwilę wyglądał, jakby chciał poprosić o pokazanie.

Nie poprosił.

— Dobrze.

— Chcesz kopię?

Franek zastanowił się.

— Nie. Jeśli jest wysłana, to wystarczy.

Mikołaj skinął głową.

Franek wyszedł.

Nie powiedział nic o Szymonie.

Iga wytrzymała do dziewiętnastej.

Tuż przed dziewiętnastą stała przed planszą z mapą i patrzyła na odległość między dwoma blokami tekstu.

Alka podeszła z pustym kubkiem.

— Nie.

Iga nawet się nie odwróciła.

— Jeszcze nic nie zrobiłam.

— Patrzysz jak Bartek na krzesło przed konsultacją.

— Odstęp jest nierówny.

— O ile?

Iga wyjęła linijkę.

Alka złapała ją za środek.

Iga spojrzała na jej dłoń.

— Puść.

— Nie.

— Alka.

— Czy nierówny odstęp zmienia sens?

— Nie.

— Czy utrudnia czytanie?

Iga nie odpowiedziała od razu.

— Minimalnie wygląda gorzej.

— Czyli nie.

— To nie jest twoja decyzja.

Alka puściła linijkę.

— Masz rację. Twoja.

Iga spojrzała na mapę.

Linijkę nadal trzymała.

Bartek przechodził obok.

— Co mierzymy?

Iga bez patrzenia schowała linijkę do torby.

— Nic.

Bartek zatrzymał się.

— Jestem dumny.

— Oboje się ode mnie odczepcie.

Iga zdjęła laptop z krzesła.

— Jadę do domu.

Mikołaj podniósł głowę znad stolika.

— Wszystko zamknięte?

Iga patrzyła na niego.

Mikołaj poprawił się:

— To znaczy: czy jest coś, co muszę wiedzieć przed jutrem?

— Nie. Wszystko, co musisz wiedzieć, jest w pliku i na grupie. Dwie drobne rzeczy zostawiłam do sprawdzenia rano: czy taśma na planie podłogi trzyma i czy drukarka przy punkcie informacji ma papier.

— Dobrze.

— Nie sprawdzaj dzisiaj.

Mikołaj uniósł ręce.

— Nie będę.

Iga spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Powiedziałeś to bardzo szybko.

— Bo naprawdę nie będę.

— Dobrze.

Założyła torbę.

Przy wyjściu spojrzała jeszcze raz na mapę.

Nie wróciła.

Alka zauważyła.

— Bohaterka.

Iga pokazała jej środkowy palec i wyszła.

Bartek został do dziewiętnastej dwadzieścia osiem.

Ostatnie dwadzieścia minut spędził przy kablach, ale nie dlatego, że coś poprawiał. Oznaczał końcówki małymi numerami, żeby rano techniczni nie musieli szukać, który przewód idzie do którego stanowiska.

Mikołaj przyszedł zobaczyć.

— To jest nowe?

— Opisy? Tak.

— Potrzebne?

— Jeśli jutro ktoś wypnie przewód i będzie chciał wpiąć z powrotem, tak.

Mikołaj pokiwał głową.

— Dobra.

— Naprawdę pytasz tylko raz?

— Tak.

— To dziwny wieczór.

Bartek przykleił ostatni numer.

— Kończę.

— Dobrze.

Bartek schował marker.

— Ty też powinieneś.

— Za chwilę.

— Oczywiście.

Spojrzał na Alkę, która siedziała przy punkcie informacji i wkładała zapasowe materiały do szuflady.

— Ty go pilnujesz?

Alka nie podniosła głowy.

— Nie podpisałam umowy na opiekę nad koordynatorem.

— Szkoda.

Mikołaj powiedział:

— Mogę sam wyjść z budynku.

Bartek założył kurtkę.

— To jutro sprawdzimy w konsultacji.

Mikołaj pokazał mu drzwi.

— Jedź.

— Jadę. O siódmej jestem.

— Siódma piętnaście.

— Techniczni są o siódmej.

— Ty masz być o siódmej piętnaście.

Bartek patrzył na niego chwilę.

— Chcesz sam zobaczyć, czy nie umiem przyjechać za wcześnie?

— Chcę, żebyś spał piętnaście minut dłużej.

Bartek zamrugał.

— Nie poznaję cię.

— Bartek.

— Siódma piętnaście.

— Dziękuję.

— Jak będzie awaria, przyjadę o siódmej.

— Jak będzie awaria, zadzwonię.

— Dobra.

Wyszedł.

Po chwili wrócił.

— Co?

Bartek wziął ze stołu kluczyki do samochodu.

— Nic.

Alka zaczęła się śmiać.

Bartek pokazał jej kluczyki.

— Zdarza się.

— Oczywiście.

— Nie dokumentuj.

Franek już wyszedł, więc nikt nie zapisał.

***

Kiedy wyszedł Bartek, w budynku zrobiło się dziwnie cicho.

Nie całkiem pustym.

Na parterze była ochrona. Na trzecim piętrze ktoś jeszcze kończył próbę chóru przeniesioną z soboty na piątek. Z zaplecza dobiegał czasem metaliczny dźwięk odkładanego sprzętu. Ale sala GIFT-u została prawie wyłącznie dla Mikołaja i Alki.

Nie umawiali się na zostawanie we dwoje. Reszta po prostu wychodziła po kolei, każde z własnego powodu.

Alka siedziała na krześle przy punkcie informacji i trzymała w dłoni listę rzeczy na rano.

Mikołaj przeszedł od wejścia do dużej sali jeszcze raz.

— Co robisz? — zapytała.

— Nic.

— Chodzisz.

— Sprawdzam, czy nie zostało coś na podłodze.

— To jest sprawdzanie.

— Jedno.

— Mhm.

— Naprawdę jedno.

Alka odłożyła kartkę.

— Dobra.

Mikołaj przeszedł dalej.

Przy ścianie znalazł kawałek taśmy papierowej przyklejony do listwy. Odkleił i wyrzucił.

Nic więcej.

Wrócił.

— Zadowolony?

— Tak.

— Kłamiesz trochę.

— Trochę.

Alka wstała.

— To idziemy?

Mikołaj spojrzał na salę.

Jeszcze rano była pełna ludzi, pudeł, otwartych laptopów i mokrych kart po kawie. Teraz krzesła stały równo tylko tam, gdzie miały stać równo. W innych miejscach zostawili przestrzeń. Oznaczenia wisiały. W miejscu na przerwę lampka była wyłączona. Na stole przy wejściu leżały klipsy, smycze i puste karty, ale przykryte cienką płachtą, żeby rano nie zbierały kurzu.

Baner na bocznej ścianie wyglądał mniejszy niż w środę.

Albo sala przyzwyczaiła się do niego.

Mikołaj wyjął telefon.

Alka od razu:

— Nie sprawdzaj maila.

— Nie sprawdzam.

Zrobił zdjęcie sali.

Alka spojrzała.

— Dla kogo?

— Dla mamy.

— A.

Mikołaj obejrzał zdjęcie. W kadrze nie było ludzi, dokumentów ani list obecności. Tylko część sali, baner i wejście do głównej przestrzeni.

Wysłał.

Po minucie telefon zawibrował.

Klara:
Ładne. Teraz lepiej. I popraw ten kabel po lewej, bo na zdjęciu wygląda jak pułapka na kostki.

Mikołaj spojrzał na lewy dół zdjęcia.

Kabel, który Klara zobaczyła, był po drugiej stronie barierki technicznej, poza trasą uczestników. Na fotografii perspektywa rzeczywiście sprawiała, że wyglądał, jakby przecinał przejście.

Alka zajrzała mu przez ramię.

— Co napisała?

Mikołaj pokazał.

Alka przeczytała i zaśmiała się.

— Lubię ją.

Mikołaj schował telefon.

— Ona ciebie też, mimo że cię nie zna.

— To ryzykowne.

— Mówiłem.

Alka wsunęła listę do teczki.

— Będziesz w niedzielę u niej?

— Jeśli jutro nie skończymy o czwartej rano.

— Skończymy wcześniej.

— Skąd wiesz?

— Nie wiem. Ale jak powiem „może o czwartej”, zaczniemy się zachowywać, jakby to był plan.

Mikołaj przyjął to.

— Masz rację.

Alka zatrzymała się z torbą w dłoni.

— Powtórz.

— Nie.

— Szkoda.

Przeszli razem do wejścia.

Mikołaj zgasił część świateł. Zostały tylko lampy przy wyjściu i jedna nad punktem informacji.

Alka stanęła przy drzwiach.

— Boisz się?

Pytanie padło tak zwyczajnie, że Mikołaj przez sekundę chyba zastanawiał się, czego dotyczy.

— Jutra?

— Nie. Kaczki na parkingu. Tak, jutra.

Mikołaj spojrzał na salę.

— Nie.

Alka nic nie powiedziała.

Mikołaj westchnął.

— Trochę.

— Ile trochę?

— Nie wiem.

— Bardziej niż przed konsultacją?

Mikołaj pomyślał.

— Inaczej. W konsultacji mogliśmy zobaczyć, że coś nie działa i poprawić. Jutro jak coś nie zadziała, będzie już człowiek w środku.

Alka oparła ramię o framugę.

— Tak.

— A ty?

— Bardziej niż trochę.

Mikołaj spojrzał na nią.

— Serio?

— Serio. Ja tylko wyglądam, jakbym miała wszystko w dupie, bo dużo mówię.

— Nie wyglądasz, jakbyś miała wszystko w dupie.

— To źle. Tracę markę.

Mikołaj uśmiechnął się.

Alka patrzyła przez chwilę na punkt informacji.

— Boję się, że będę chciała naprawiać ludziom dzień. Że ktoś będzie wkurzony, zmęczony albo będzie chciał wyjść, a ja automatycznie uznam, że powinnam sprawić, żeby było mu dobrze.

Mikołaj odpowiedział:

— To nie jest najgorszy odruch.

— Jest, jeśli człowiek nie chce, żebym go naprawiała.

— Zauważasz go.

— Czasem po fakcie.

— Ja też.

— To bardzo pocieszające. Dwoje ludzi z opóźnionym systemem ostrzegania.

— Mamy jeszcze cztery osoby.

— I wolontariuszy.

— I Ninę.

— I Martę.

Mikołaj skinął głową.

— Czyli nie jesteśmy sami.

— Nie jesteśmy.

Zdanie zostało między nimi na chwilę.

Nie robiło się od niego ciszej. Na korytarzu ktoś zamknął drzwi. W wentylacji coś stuknęło. Telefon Alki zawibrował w torbie, ale nie wyjęła go od razu.

Mikołaj spojrzał na zegar.

— Idziemy.

— Jeszcze klucze.

— Mam.

— Telefon?

— Mam.

— Portfel?

Mikołaj sprawdził kieszeń.

Alka zaczęła się śmiać.

— Nie rób mi tego.

— Sam sprawdziłeś.

— Bo zapytałaś.

— To dobrze. Nie zgubisz.

Mikołaj wyłączył ostatnią lampę nad punktem informacji.

Ruszyli do drzwi.

Alka zatrzymała się po dwóch krokach.

— Czekaj.

Mikołaj odwrócił się natychmiast.

— Co?

Alka patrzyła w stronę wejścia.

— Gdzie są kosze na śmieci przy punkcie informacji?

Mikołaj spojrzał.

Nie było żadnego.

Ten, który wcześniej wracał na trasę, stał teraz przy ścianie w dużej sali. Przy informacji nie było nic.

— Miały być dwa małe.

Alka weszła z powrotem i zajrzała pod stół.

— Nie ma.

— Bartek miał przywieźć z magazynu.

— Może są w samochodzie.

Mikołaj wyciągnął telefon.

Alka złapała go za nadgarstek.

— Nie dzwoń.

— Musimy mieć kosze.

— Jest dziewiętnasta czterdzieści osiem. Bartek jedzie do domu. Kosze możemy kupić rano.

— Rano mamy montaż od siódmej.

— Sklep otwiera się o szóstej.

— Skąd wiesz?

— Bo kupowałam tam kartony do przeprowadzki i raz pojechałam absurdalnie wcześnie.

— To nie jest argument, żeby jechać o szóstej.

— Nie mówię, że ty pojedziesz.

— Ty też nie.

— To kto?

Mikołaj patrzył na pustą przestrzeń pod stołem.

Przez kilka sekund naprawdę wyglądał, jakby rozważał stworzenie procedury zakupu dwóch koszy.

Alka widziała moment, w którym to do niego dociera.

Mikołaj schował telefon.

— Kupimy rano po drodze.

— Tak.

— Dwa małe.

— Tak.

— Bez pedału, żeby nie trzeba było otwierać ręką.

— Mikołaj.

— Co?

— Kupimy kosze.

Mikołaj odetchnął.

— Dobrze.

Wyszli.

Drzwi zamknęły się za nimi.

Na podjeździe było sucho.

readers loved this